Czy zawarta w tytule sugestia jest absurdalna? Tak się może wydawać na pierwszy rzut oka. Proponuję jednak rzucić okiem drugi i trzeci raz. Możemy wtedy dostrzec naprawdę ciekawe rzeczy.
REKLAMA
Od tygodni słyszymy, że walka w sumie o ponad 400 miliardów złotych z unijnego budżetu w ramach tworzenia wieloletniego budżetu UE, to dla Polski sprawa kluczowa. Tak, w istocie te pieniądze są dla Polski i rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju kluczowe. W interesie Polski byłoby więc, by jak najbardziej korzystny dla nas budżet został zaakceptowany tak szybko, jak to możliwe, najlepiej jutro.
Jest jednak wielce prawdopodobne, że zaakceptowany nie zostanie. Wieloletni budżet UE nigdy nie został zaakceptowany przy pierwszym podejściu. Nie udało się to nawet, gdy premier Wielkiej Brytanii nazywał się Blair, a nie Cameron. Najbardziej prawdopodobna jest więc dogrywka w styczniu, choć i ona nie musi przynieść rezultatu. Wtedy Unia będzie operowała na podstawie przedłużanych budżetów rocznych, czyli tak jak każdy kraj. Jasne, że lepiej byłoby mieć budżet przyklepany na dłużej, a nie na krócej. Ot tak, dla świętego spokoju. Ale są i korzyści tego drugiego rozwiązania. Głównie takie, że w ramach tych rocznych budżetów w sumie dostalibyśmy odrobinę więcej, niż w ramach budżetu siedmioletniego.
Ale jest coś jeszcze, i tu dochodzę do istoty tego dlaczego fiasko szczytu może nam się, przynajmniej politycznie, bardzo opłacić. Otóż może się tak stać, jeśli powszechna stanie się interpretacja, że przyczyną fiaska jest stanowisko Londynu i premiera Camerona. Uprawdopodobni to zakończenie romansu Wielkiej Brytanii z Unią, co byłoby dla niej korzystne, bo coraz częściej w unijnym samochodzie Londyn pełni rolę zaciągniętego hamulca ręcznego.
Po drugie fiasko szczytu z powodu stanowiska Londynu osłabi pozycję Wielkiej Brytanii w ramach Unii nawet, gdyby Brytania z niej nie wyszła. A ponieważ życie nie znosi próżni, osłabienie jednego z ważniejszych członków Unii oznaczałoby wzmocnienie innego. Którego? Oczywiście Polski. co zresztą sugeruje dzisiejszy "Financial Times". Zresztą to już się dzieje. Wystarczy spojrzeć na ostatnie konsultacje premiera Tuska z kanclerz Merkel, potem prezydenta Hollande'a z prezydentem Komorowskim i Donaldem Tuskiem, wreszcie rozmowy prezydenta Komorowskiego z prezydentami Włoch i Niemiec. Jesteśmy już jednym z kluczowych graczy Unii. To po prostu fakt.
A będziemy jeszcze ważniejsi w Unii, gdy nadal będziemy prowadzili politykę odpowiedzialną, czyli taką, która jest przeciwieństwem tej, którą chciałby prowadzić lider PIS-u. Po pierwsze, żadnego stawiania kuriozalnych postulatów, na spełnienie których po prostu nie ma w Unii pieniędzy, nawet gdyby była wola ich wypłacenia. Majaki o kolejnych dziesiątkach miliardów można serwować na Nowogrodzkiej, ale nie w Brukseli, chyba że celem jest ośmieszenie się.
Po drugie dalej musimy umacniać nasze partnerskie relacje z Niemcami, bo to one, wbrew temu co powtarza prezes PiS-u, są dziś naszym największym sojusznikiem. Nawiasem mówiąc Niemcy mają teraz najgorsze od lat stosunki z Rosją, więc dobrze byłoby też przestać bredzić o Berlinie i Moskwie paktujących ponad naszymi głowami. Nie ta epoka, nie te czasy, nie ta rzeczywistość. W tych dniach największym zagrożeniem dla Polski jest w Europie Wielka Brytania i rządzący nią konserwatyści. Jak rozumieć, że akurat z nimi idzie pod rękę w Parlamencie Europejskim PiS? To już Państwu zostawiam odpowiedź.
Krótko mówiąc, musimy jechać tym kursem co teraz. A jednocześnie nie malując tego hasła na sztandarach, musimy metodycznie przygotowywać się do wejścia do strefy euro. Gdy nadejdzie sprzyjający moment, będziemy mogli do niej wejść. A nawet jak nie nastąpi, to po drodze ograniczymy nasz deficyt, też dobrze.
Donald Tusk może więc z Brukseli wrócić, i pewnie wróci, bez pieniędzy, ale mocniejszy w Europie niż kiedykolwiek wcześniej. I to będzie dobra wiadomość dla Polaków, w każdym razie dla tych, którzy nie mają antyTuskowej obsesji.
