Wśród cnót wszelakich Polacy szczególnie cenią sobie jedną. To ubóstwo. Oczywiście cudze. Nic tak nas nie rozgrzewa jak cudze pieniądze. Nigdzie tak nie lubimy nurkować jak w cudzym portfelu. Niczym nie można nas poszczuć skuteczniej niż informacją albo plotką o czyichś pieniądzach. Co zrobić, tak mamy.

REKLAMA
Ostatnio największe emocje budzą portfele Aleksandra Kwaśniewskiego i Zbigniewa Romaszewskiego. Nie, oczywiście nie o pieniądze idzie, skądże znowu, nam nigdy o nie nie idzie. Idzie rzecz jasna wyłącznie o wymiar etyczny brania pieniędzy - przez byłego opozycjonistę za swe cierpienia i byłego prezydenta za doradzanie złemu dyktatorowi i złemu oligarsze.
Jeśli idzie o pieniądze dla byłego senatora sprawa wydaje się prosta. Czy mu się należą? Jeśli sąd uznał,że tak, to tak. I tyle. Wątpliwości budzić może coś innego. Czy legenda powinna być wystawiana na licytację. Cóż, to sprawa osobnicza. Pan Romaszewski swoją zlicytował za prawie ćwierć miliona złotych. Jego prawo. Transakcja jest czysta, choć może pachnie nieładnie.
Romaszewski był, i słusznie, prawdziwą legendą Solidarności. Mógł być uznawany, i był, za wzór patrioty. Ryzykował, gdy było ciężko. Dostawał za to premię. Nie pieniężna. Premię zaufania. Przyznaję, że kilkakrotnie głosowałem na Zbigniewa Romaszewskiego w wyborach senackich, choć w najważniejszych sprawach jego poglądy mi się nie podobały. Więc dlaczego? Bo uważałem, że mówi własnym głosem, jest niezależny, a właśnie tacy ludzie powinni być w senacie.
Romaszewskiemu nikt zasług nie odbierze. Ale ogromną część zaufania sam sobie właśnie odebrał. Bo już nie będzie tym facetem od radia Solidarność i od praw człowieka. W oczach wielu będzie i już jest, tym od obrony Starucha i skeszowania się na dawnych zasługach. Ale jako się rzekło, jego decyzja, jego wybór.
A co z byłym prezydentem Kwaśniewskim? Ma on problem. Wiele problemów. Po pierwsze ma pieniądze. Wybudował sobie na przykład dom na Mazurach, co samo w sobie jest bezczelnością. Przecież powinien mieszkać w M2 jako polityk lewicowy. Do tego doradza Kulczykowi. Kulczyk jest ucieleśnieniem zła, bo ma wielkie pieniądze. Doradzać Kulczykowi jest więc wielkim złem. A tym bardziej doradzać dyktatorowi Nazarbajewowi z Boratcountry.
O ile wmawianie Kwaśniewskiemu konfliktu interesu z powodu doradzania Kulczykowi jest zabawne, o tyle doradzanie Nazarbajewowi może budzić pewne wątpliwości. Co też mu Kwaśniewski doradza? Pewnie demokratyzację, tak? Che, che, ale Kazachstan jest dyktaturą, więc, che, che, guzik z doradzania, PR-owcem Nazarbajewa jest i tyle.
Przez wiele lat krytykowano byłego prezydenta za fraternizowanie się z ukraińskim dyktatorem Kuczmą. Ale jak zaczęła się Pomarańczowa Rewolucja, to dzięki ich kontaktom udało się, niemal literalnie, rewolucję ocalić, bo pociągi z Donbasu już jechały, by aktyw robotniczo - milicyjny rozprawił się z Pomarańczowymi na Majdanie. Czy tamte zasługi usprawiedliwiają Kwaśniewskiego? Według mnie on usprawiedliwienia nie potrzebuje. Jego decyzja, jego sprawa.
Poza wszystkim innym nie mamy żadnego prawa oceniać Kwaśniewskiego. Dlaczego? Bo jak się byłemu prezydentowi, który sprawował najwyższy urząd w państwie 10 lat, płaci kilka tysięcy, to się państwa nie szanuje. Państwo samo się nie szanuje. Krótko mówiąc powinniśmy dobrze płacić i jemu i Lechowi Wałęsie. I dopiero wtedy moglibyśmy wybrzydzać na ich jakąś działalność zarobkową.
Gazeta Wyborcza oczywiście nie czepiała się forsy Kwaśniewskiego, tylko potencjalnego konfliktu interesów. Mam jednak poczucie, że publice temat przypadł do gustu ze względu na forsę, a nie na konflikt.
Polityk w Polsce, dobry polityk, musi być biedny. W większości innych krajów jak ktoś jest biedny, to jest nieudacznikiem, tak go ludzie postrzegają, więc w polityce nie ma szans. U nas szanse mają tylko tacy, co się niczego nie dorobili. Czyści tacy są, nieubrudzeni, nieskalani.
Dlatego były premier i obecny niemal za swą cnotę uznają to, że mają w sumie niewiele. A ja tego za cnotę nie uważam. Wolałbym, by Kaczyński, Tusk i inni zarobili w życiu miliony, pokazując, że potrafią nie tylko rządzić, ale radzić sobie w życiu i naprawdę wygrywać, albo odwrotnie, że skoro poradzili sobie w życiu, to i z rządzeniem sobie poradzą.
U nas zarobienie pieniędzy w przypadku polityków, sukcesem niestety nie jest. Jest źródłem podejrzeń. A dla mnie podejrzane jest coś innego. Co to za państwo, w którym premier mający cały bajzel na głowie, zarabia mniej niż reporter w programie informacyjnym ogólnopolskiej stacji. Odpowiadam, to państwo średnio poważne. "To ile byś im płacił", słyszę pytanie. Ile? Premierowi z całą pewnością 50 tysięcy złotych. Wciąż zdecydowanie mniej niż dostają szefowie największych spółek skarbu państwa, ale byłoby to już sumą odpowiednią.
Czy Kaczyński lub Tusk pracowaliby lepiej, gdyby zarabiali więcej? Może nie. Ale nam łatwiej byłoby lepszą pracę egzekwować. Przynajmniej moglibyśmy powiedzieć - płacimy ci dobrze, pracuj lepiej, staraj się, pracuj non - stop, skutecznie. Na co wielu powie, nikt nikomu nie każe być premierem. Hipokryzja. Pewnie że nie. Posłem też nie. I dlatego żaden prawnik czy przedsiębiorca nie zostanie posłem czy senatorem na full etat, bo po co mu rezygnować z dobrych pieniędzy za jałmużnę.
Dlatego do polityki będą szli wariaci albo nieudacznicy. A ci, którzy znajdą się w sejmie, na uszach będą stawać, żeby wyjechać do europarlamentu, bo tam prawdziwe pieniądze. Staje się tak oto sejm przystankiem do Brukseli. Tak chcemy? Ok, tak będzie. Tylko nie marudźmy potem, że prawników w parlamencie mało, ustawy słabe, a większość parlamentarzystów to specjaliści od podnoszenia ręki na komendę.
Oczywiście to co piszę budzi raczej Państwa sprzeciw niż aprobatę. Bo przecież duże pieniądze są u nas podejrzane, ich zarobienie też, chęć ich zarobienia również. I wcale nie jest tak, że cierpią na pieniądzowstręt tylko tabloidy czy populiści z PIS lub radykałowie z Krytyki Politycznej. To choroba powszechna w Polsce jak grypa w zimie.
Na tej nucie gra się u nas powszechnie. W dyskusji o fotoradarach jakiś facet z TOK FM robił cienkie aluzyjki do mojego adresu i marki samochodu. Tak, jeżdżę od pięciu lat AudiQ7. Nie ukradłem, wziąłem w leasing i spłacałem. Tak mieszkam w Konstancinie. Wziąłem kredyt, nie ukradłem. I nie widzę żadnego powodu, by się wstydzić adresu czy samochodu. Nie podoba się? Nie mój problem. Tak jak nie uważam, że trzeba mieć mało, by mieć prawo do społecznej wrażliwości, tak nie uważam, że ktoś kto ma więcej ma mniejsze prawo do wypowiadania się na tematy publiczne.
W ostatnim moim programie pan minister Nowak wielokrotnie podkreślał brzydkie słowo Konstancin. Wiadomo, ma kasę, wiadomo, pewnie chce łamać przepisy, a ja Nowak bronię prostego człowieka, ja się o jego bezpieczeństwo troszczę. Mógłbym na to odpowiedzieć, jasne, i patrząc przez szyby rządowej limuzyny tak się pan troszczysz o ubogich. Ale tak nie powiem, bo to byłoby tandetne i głupie. Jeśli Nowak jest dobrym ministrem powinien zarabiać dużo lepiej. Jeśli jest złym, nie powinien być ministrem. Ciekawe swoją drogą czy minister Nowak, jak plotkują, też chciałby do europarlamentu. Znowu, jego prawo, ale członkowie polskiego rządu, jakkolwiek by się nazywali, jeśli myślą o europarlamencie, to wolałbym, by myśleli o europejskich szlifach, a nie finansowym upgradzie.
Nasze umiłowanie cnoty ubóstwa w istocie nasycone jest skrajną hipokryzją. Ale znowu, mamy do niej prawo. Tylko korzystając z obywatelskiego prawa do zaglądania innym do portfela, nie pomstujmy potem na populizm i niekompetencję. A płacąc grosze premierom i prezydentom, nie dziwmy się, że gdy premierami i prezydentami być przestają nie mają ochoty dla naszego dobrego samopoczucia odmawiać sobie tego, co im się jak psu buda należy.