Premier Tusk znalazł się w najtrudniejszej dla siebie sytuacji w czasie sprawowania funkcji szefa rządu. Trudniejszej niż afera hazardowa i trudniejszej niż sytuacja posmoleńska. Jeśli za chwilę nie pokaże, że to on rządzi, wkrótce może się okazać, że już nie rządzi.

REKLAMA
W ciągu kilku miesięcy Donald Tusk został po raz drugi upokorzony na sejmowej sali. Po raz drugi przez swojego ministra sprawiedliwości. Pierwszy raz, gdy tzw. konserwatyści z PO głosowali za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej. Drugi raz w ostatni piątek, gdzie ci sami tzw. konserwatyści z PO, zagłosowali za wyrzuceniem do śmietnika wszystkich projektów ustaw w sprawie związków partnerskich.
Sytuacja, gdy szef rządu na oczach całego kraju jest upokarzany przez swego ministra, czyli podwładnego, jest zupełnie niezwykła. A jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że premier udaje jakby nic wielkiego się nie stało. "Będę wymagał lojalności", powiedział Tusk na wczorajszym spotkaniu z prezydentem Francji, gdy zapytano go o Gowina.
Będę? To znaczy kiedy będę? Od jutra? Za tydzień? Za miesiąc? Kiedyś tam? Będę czyli dotąd nie wymagałem, na razie nie wymagam? To nie jest zabawa w słowa. To jest kluczowe pytanie z działu zarządzanie.
Jest coś takiego jak chain of command, łańcuch zarządzania. Gdy kwestionowany jest autorytet szefa, łańcuch pęka, autorytet przywódcy topnieje, oficerowie przestają się orientować na wodza. Albo go ignorują albo zaczynają szukać nowego pana. W piątek na naszych oczach ten łańcuch pękł. Gowin na pytanie "i kto tu rządzi" w praktyce odpowiedział "na pewno nie Tusk". I nic co się zdarzyło w ostatnich dniach, a szczególnie to, co się nie zdarzyło, nie wskazuje na to, że diagnoza jest nietrafiona.
Mamy tu dodatkowo czynnik czasu. Wiadomo, że zemsta najbardziej smakuje na zimno. Ale zemsta po czasie nie wywiera już żadnego politycznego ani psychologicznego efektu. Za mało, za późno. Każdy dzień bez realnej, twardej reakcji premiera, jest dniem istotnego osłabienia jego władzy. Każdego dnia premier jest słabszy. Utraconej siły może już nigdy nie odzyskać.
A co by się stało gdyby Gowina zdymisjonował? Niewiele. Wielki szum w mediach. I tyle. Gowin jest politycznie słaby. Jakąkolwiek moc ma tylko w rządzi, poza nim jest publicystą. Sam żadnego ugrupowania nie byłby w stanie stworzyć. I doskonale to wie. Większość? Tusk jej nie straci. Poza tym, zaryzykuję twierdzenie, definitywna utrata siły i autorytetu byłaby dla niego nawet groźniejsza niż utrata większości. Wkrótce po tym, gdy jego ludzie przestaną w nim widzieć przywódcę, realnie przestanie nim być.
Nie jest jeszcze dziś Donald Tusk syndykiem masy upadłościowej. Ale za chwile może nim być. Jeśli zdecyduje się na szybką chirurgiczną operację(dokładniej ortopedyczną, bo mówimy o amputacji Gowina z rządowego ciała), może odzyskać inicjatywę. Jeśli tego nie zrobi, znajdzie się na amen w defensywie.
Donald Tusk podobno nie lubi podejmować decyzji pod presją mediów. Ale nie presja mediów jest tu najważniejsza i chwilowo nawet nie presja elektoratu, lecz presja czasu, w czasie którego następuje erozja całego układu dowodzenia.
Tusk wygrał dwa razy wybory, nikomu innemu to się nie udało. Ale jego miejsce w historii, prawdziwe, nie takie w stylu "premier w latach 2007 - XXXX", wcale nie jest zdecydowane. Może być wciąż uznawany za wybitnie sprawnego premiera. Może być jednak także uznany za wystarczająco sprawnego, by wygrywać wybory, by kiwać przeciwników, by administrować, ale nie wystarczająco dobrego, by naprawdę rządzić.
Na miejscu premiera ni liczyłbym, że za chwilę, jak zawsze, z kłopotów wybawi go prezes Kaczyński popełniając jakieś kolejne horrendalne głupstwo. Ludzie coraz mniej przejmują się i Tuskiem i Kaczyńskim. I tylko rozpad tego tak cudownie działającego od lat związku partnerskiego może trochę uderzyć w ideę legalizacji takich związków.
Jeśli Donald Tusk za chwilę nie pokaże, że to on tu rządzi, za chwilę będzie już tylko administrował, a za trochę dłuższą chwilę nie będzie nawet administratorem. Karty wciąż trzyma on. Ale zegar tyka.