W ostatnich tygodniach debata w Polsce toczyła się wokół podłych, nikczemnych i głupich wypowiedzi, wypowiedzi ludzi z różnych politycznych i apolitycznych stron. I nawet tego nie krytykuję, bo wypowiedzi te były tak niegodziwe i drastyczne, że - owszem - nadają się całkiem dobrze do analizy tego jakim społeczeństwem jesteśmy i w jakim kraju żyjemy.
REKLAMA
Może powinno się tu zaproponować sondę internetową: "Która wypowiedź jest najbardziej odrażająca?".
a. wypowiedź Pani Krystyny Pawłowicz o jałowych i nieestetycznych związkach homoseksualnych,
b. wypowiedź Stefania Niesiołowskiego o "córuni lesbijce",
c. wypowiedź księdza Longchamps de Berrier o bruzdach na czole u dzieci z in vitro,
d. wypowiedź Joachima Brudzińskiego o Lechu Wałęsie jako o "wydepilowanym starszym panu",
e. wypowiedź Lecha Wałęsy o tym gdzie w Sejmie(albo poza nim) powinni siedzieć homoseksualiści,
f. inne.
b. wypowiedź Stefania Niesiołowskiego o "córuni lesbijce",
c. wypowiedź księdza Longchamps de Berrier o bruzdach na czole u dzieci z in vitro,
d. wypowiedź Joachima Brudzińskiego o Lechu Wałęsie jako o "wydepilowanym starszym panu",
e. wypowiedź Lecha Wałęsy o tym gdzie w Sejmie(albo poza nim) powinni siedzieć homoseksualiści,
f. inne.
"F" jest ważne, bo pojemne. Na pewno było wiele innych wstrętnych i podłych wypowiedzi, o których akurat zapomniałem, ale o których Państwo pamiętają.
Monika Olejnik powiedziała, że Lech Wałęsa zhańbił Nagrodę Nobla. Pewnie tak. Ale przede wszystkim zasmucił bardzo wielu Polaków. W ostatnich latach wielokrotnie broniłem byłego prezydenta przed niegodziwymi atakami jego wrogów. Nie, nie żałuję tego, uważam, że Wałęsa, a przede wszystkim zwykła przyzwoitość, takiej obrony wymagały. Przykro mi jednak, że tak kopany i poniewierany człowiek za diabła nie jest w stanie wczuć się w sytuację i w dramat innych kopanych i poniewieranych. To taka empatia jednostronna, skierowana do siebie. "Obrażany mogę być tylko ja, innych ja mogę obrażać". Zostawmy jednak Wałęsę i jego kompromitujące i skandaliczne
słowa.
słowa.
Chciałbym tu powiedzieć o czymś innym. Otóż debata w Polsce coraz bardziej została naznaczona przez model "internetowy", precyzyjniej "specyficznie internetowy".
Gdy czytam to co dzieje się na większości naszych najbardziej popularnych portali widzę ten sam modus operandi. Należy w tytule albo we wpisie umieścić nazwisko znanej osoby. Potem dodać, że ta osoba "skompromitowała się", "została upokorzona", "poniosła klęskę", "skończyła się", itp, itd. W ten sposób podjudzony internetowy mob rusza do akcji i zaczyna nieszczęśnika glanować.
Podam bliski mi przykład z ostatnich dni. W ostatni poniedziałek rozmawiałem w programie z Panem Andrzejem Gołotą i jego żoną Mariolą. Dość sympatyczna rozmowa pokazująca fajny, ciepły związek dwojga ludzi. Za tę rozmowę dostałem nawet pochwałę od portalu Fronda, no może nie ja, ale program, w porządku, za to, że pokazywał fajną, kochającą się rodzinę. Takie też były echa rozmowy jakie do mnie docierały.
Ale oto dzień po rozmowie przeczytałem na równie popularnym co niemądrym portalu "wp", że Lis wykorzystał Gołotę, by go skompromitować, czym ostatecznie jako dziennikarz się pogrążył. Jakieś 3 procent wpisów stanowiły głosy, że komentarz ten jest idiotyczny, bo "oglądałem ten program i było dokładnie przeciwnie". Ale pod idiotycznym komentarzem pojawiło się ponad 4 tysiące głosów, w większości z epitetami pod moim adresem.
Naprawdę wiem jak działa internetowy mob i naprawdę się tym nie przejmuję. Interesuje mnie tu wyłącznie pewna mechanika jego funkcjonowania i łatwość z jaką się go napuszcza. Tamten komentarz w wp był oczywiście anonimowy, cóż, tchórzostwo i głupota często są anonimowe. A nawet zwykle takie są.
Teraz powrót do głównego wątku. Dokładnie na tej samej zasadzie co średnio rozgarnięta młodzież dzielnie generująca kliki na portalach, w których pracuje, zaczęła działać część osób publicznych. To taka taktyka "hit and run", wal, najlepiej w łeb i uciekaj. Niesiołowski, Brudziński czy Wałęsa postąpili według tego właśnie wzorca. Inna sprawa, że chyba cała trójka była z siebie zadowolona, bo owszem "hit", ale już niekoniecznie "run".
Coś w tym jednak jest, że nie debatujemy publicznie, albo rzadko debatujemy, nad słowami mądrymi. Jasne, są wyjątki, jak choćby ostatnie wypowiedzi Agnieszki Holland, ale to jednak tylko wyjątki. Debat nad słowami mądrymi nie ma. Są debaty nad podłością. Owszem, oburzenie jest w tych wypadkach uzasadnione, ale debata z założenia jest mało konstruktywna, bo ogranicza się zwykle do rytuału.
Autorzy wypowiedzi paskudnych są z siebie często bardzo zadowoleni. Nie tylko nie zawstydzeni, nie zakłopotani, ale jakby dumni z siebie. Ksiądz de Berrier stwierdził, że chyba przebił "mamę Madzi", przebił w tym sensie, że wywołał wielki atak na siebie. Ale on w tym ataku nie widzi dowodu swej bezczelności, ale dowód swej słuszności, on jest dumny, szczęśliwy, bo przecież Chrystus też cierpiał przez nikczemników, prawda?
Jeśli akurat ten model debaty w Polsce ma się najlepiej, to coś, a nawet więcej niż coś, o nas to mówi. Znaczy to, że wolimy krzyczeć niż mówić spokojnie, ujadać niż rozmawiać, walić w łeb niż wsłuchiwać się w głosy innych. Dla jednych będzie to dowodem na niski kapitał społeczny w Polsce i wyjątkowo niski poziom zaufania oraz równie niską gotowość do dialogu. Dla innych będzie to dowód, że choć mamy demokrację, wciąż jesteśmy społeczeństwem solidnie autorytarnym, gdzie argument siły, epitetu, groźby jest niepomiernie większy niż argument racji, rozumu.
Tuż po wielkiej zmianie mówiono u nas, że wszystko będzie w Polsce ok jak wymrze jedno czy drugie pamiętające komunizm pokolenie. A wtedy nieskażeni komunizmem młodzi zbudują nową, lepszą Polskę, w której nie będzie wyziewów posttotalitarnych. W końcu Mojżesz też prowadził swoich ludzi całe 40 lat, by zapomnieli o tym, że byli niewolnikami.
Za nami 24-letnia terapia. Prawie ćwierć wieku. Ale nie mam wrażenia, że przyniosła ona jakiś efekt. Mam wrażenie przeciwne. Internetowe hejterstwo to nie jest dzieło naszych rodziców, dinozaurów PRL-u, to dzieło nasze i naszych dzieci. Ekscesy przed wykładami Pani Środy czy Pana Michnika nie są dziełem naszych rodziców. Raczej naszych dzieci. A więc nie jest wcale lepiej. Społeczeństwo obywatelskie wcale nie jest silniejsze. Atmosfera w Polsce wcale nie jest lepsza. Nietolerancja ma się lepiej niż kiedyś, otwartość jest mniejsza, homofobia większa.
Wnioski? Bo przecież nie warto biadolić. Wnioski są takie, że przed nami wielkie dzieło obywatelskiego, społecznego wychowania. Cieszymy się, że w jakichś międzynarodowych testach nasza szkolna młodzież wypada lepiej niż kiedyś. Ale co z testami na empatię, na gotowość i umiejętność współpracy, co z testami na szacunek dla bliźnich? Najwyraźniej lekcje religii nie dały tu absolutnie nic. I trudno znaleźć argumenty na to, by dalej trwały. Chyba, że ich sensem jest nauka życiorysu Jezusa i treści przykazań. Bo jeśli idzie o wpajanie młodym ludziom zasady "kochaj bliźniego jak siebie samego" Kościół i polska szkoła poniosły totalne fiasko.
Zastanawiamy się kiedy i na jakich warunkach Polska wejdzie do strefy euro. Nie bagatelizuję tego. To bardzo ważne. Choć jednak dla życia w Polsce, dla tego, by było ono znośne, o wiele ważniejsze wydaje mi się pytanie o to kiedy powszechnie wejdziemy do strefy euro w sensie mentalnym. Bo droga do tego daleka.
Była kiedyś Polska przedmurzem zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji. Dziś zaś, coraz częściej zdaje się być bastionem cywilizacji wcale nie chrześcijańskiej. A jeśli przedmurzem, to dla tolerancji, miłości bliźniego, otwartości, szacunku dla innych, które to wartości są u nas obecne, ale głównie w słowach i w Piśmie, a w życiu już nie bardzo. Czas zburzyć ten mur. Chyba, że wolą większości, a większość jest u nas sakralizowana, jest, by jednak trwała dalej walka na pięści i kije baseballowe, walka polska, wszechPolska, "żeby Polska była Polską".
