Przede wszystkim wszystkim czytelnikom naTemat składam życzenia Wesołych Świąt. Poza wszystkim życzę wszystkim, także sobie, unikania zbyt prostych diagnoz i nakreślania zbyt łatwych podziałów.

REKLAMA
Tomasz Machała opisał swoje "katolickie" badania terenowe sprzed konfesjonału i jego opis trafia mi do przekonania, bo nie pasuje do podporządkowywania rzeczywistości zbyt prostym założeniom.
Azrael, którego obecność na naszym portalu bardzo mnie cieszy, chyba zbyt łatwo nakreślił obraz niemal martwego Kościoła w Polsce. Machała słusznie, jak sądzę, z nim polemizował. Oj różny jest ten Kościół w Polsce. Bywa pełen przepychu, bywa radiomaryjnie bezrefleksyjny, bywa odrażający smoleńsko i propisowsko. Bywa też żywy i uspołeczniony, refleksyjny i wspólnotowy, intelektualny i rozbudzony. Bywa też niby intelektualny, ale martwy i radiomaryjny, ale żywy. Oraz odwrotnie.
Znam ludzi, w tym moich bliskich, którzy ze wściekłoścą wychodzą z tego i owego kościoła słysząc teksty agitacyjne zamiast kazań o miłości i wartościach. Ale ci sami ludzie, często kilka kilometrów dalej, znajdują kościół, w którym czują się u siebie, z fajnym proboszczem, z fajnymi kazaniami, z dobrym nastrojem, kościół, z którego po mszy wychodzą nie poirytowani, ale podbudowani.


Sprzeciwiam się też zbyt prostym, nawet jeśli bardzo efektownym, nakreślaniem linii podziałów między Polakami. Błyskotliwy publicysta Robert Krasowski napisał w "Polityce" o Polsce romantycznej, czyli smoleńskiej i pozytywistycznej, czyli antyzamachowej. Teza efektowna i brawurowa, autor dowodzi jej słuszności też brawurowo i efektownie. I dostrzega pewne continuum sugerując niejako, że antyzamachowcy to spadkobiercy Wielopolskiego, a partia smoleńska, to pogrobowcy powstańców.
Ale czy jakikolwiek sens ma taka analogia w wolnej Polsce? Czy naprawdę zwolennicy teorii zamachowej to potomkowie tych, którzy brali udział w powstaniach, a przeciwnicy teorii zamachowej to dzieci Świętochowskiego? A gdyby tak dzisiaj trzeba było iść na barykady? Szczerze? Mam wrażenie, że pierwsi wylądowaliby na nich dzisiejsi niby- pozytywiści, wcale nie ci niepokorni, którzy mają zamiłowanie do historycznych inscenizacji i powoływania się na powstańcze dziedzictwo. Choć i wielu niepokornych pewnie za broń by chwyciło. W jakich proporcjach to wszystko? A cholera wie. Na szczęście życie nie dostarczy nam testu, który zweryfikowałby prawdziwość tezy Krasowskiego albo prawdziwość mojej.
Kościół martwy albo żywy, romantycy albo pozytywiści. W wolnej Polsce kalki z przeszłości są doskonale nieadekwatne do rzeczywistości i jej opisu. Wszystko to jest bardziej skomplikowane. Linie podziału nie są proste, to jakieś zygzaki, wygibasy. Jak ktoś chce używać stereotypów sprzed lat to może mu się z tego urodzić coś efektownego, coś co nagle uporządkuje niełatwo poddający się definicjom i wzorom świat. Ale wcale niekoniecznie ów opis będzie wiarygodny, nawet jeśli wiarygodnie zabrzmi.
Szukanie wzoru, który pomógłby opisać Polskę i Polaków to zadanie diabelnie trudne. Dlatego nie podważam sensu wysiłku podjętego przez Krasowskiego, ani nawet łatwych tez Azraela. Po to są publicyści, żeby rzeczywistość i Polskę jakoś nazwać, opisać, zrozumieć. Należy jednak do tych wszystkich prób odnosić się z dystansem i powściągliwością, bo kreśląc jasne linie i ustalając proste definicje często można obraz bardziej zaciemnić niż rozświetlić.
To ostatni moment na te refleksje. Nadchodzi czas rocznicowo - smoleńskiej jednoznaczności. Nagle wszystko stanie się propagandowo jasne i proste. Ta jasność, ta prostota też będą częścią opowieści o współczesnej Polsce. Ale mam wrażenie, że będą częścią mniej istotną. Cała reszta pozostanie nieopisana, większościowo nieodgadniona, wciąż niezrozumiała. I może Bogu dzięki.