Jarosław Gowin skierował list do członków PO. Otwarty. W liście otwarcie krytykuje PO. Wreszcie przykład wewnątrzpartyjnej demokracji, prawda? Guzik prawda. Kolejny przykład genetycznej nielojalności Gowina.
REKLAMA
Żeby była pełna jasność, Jarosław Gowin w swoim liście pisze wiele rzeczy, które są trafne i uzasadnione. Punktuje Platformę i wskazuje na jej realne błędy i autentyczne zaniechania. Ma prawo. W czym jest więc problem? A może nie ma problemu? Bo skoro toczy się de facto kampania wyborcza w PO, to jest normalne, że krytykujący przywództwo szefa partii wytykają przywódcy i partii błędy. Tu w porządku.
Problemów jest jednak kilka. Po pierwsze byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby otwarty list do członków PO pisał i publikował otwarcie otwarty rywal Donalda Tuska w walce o stanowiska szefa partii. A tu nie wiemy, czy krytykuje przyszły kandydat Gowin, były minister Gowin, Gowin zatroskany, który kandydować nie chce, czy Gowin zainspirowany ostatnim "przypadkowym" spotkaniem z prezesem Kaczyńskim.
Jest jednak problem znacznie większy. Pewne całkiem czytelne modus operandi posła Gowina. Gdy toczy się kampania prezydencka i Jarosław Kaczyński dogania w sondażach Bronisława Komorowskiego, Gowin krytykuje publicznie kampanię Komorowskiego. Nawiasem mówiąc krytykuje absolutnie słusznie. Sam uważałem i mówiłem głośno, że tamta kampania Komorowskiego była pełna błędów. Ale ja sobie mogę pisać i mówić co chcę. A Gowin jest członkiem drużyny. Jak mu się nie podobała kampania, to trzeba było zadzwonić do Komorowskiego albo do szefa jego sztabu i powiedzieć co się myśli. A najlepiej wziąć się do roboty i kandydatowi swojej partii pomóc. Czy ktoś sobie wyobraża, że Robert Lewandowski w przerwie meczu krytykuje taktykę trenera Kloppa? Nie. Dlaczego? Bo byłaby to nielojalność. Byłoby to świństwo.
Kampania 2011 roku. Poseł Gowin krytykuje kampanię PO. Znowu słusznie. Ale znowu zachowuje się jak recenzent poczynań partii, a nie jej członek, jak dziennikarz sportowy, a nie członek drużyny. Może on tak ma, po prostu.
Luty 2013. Minister Gowin wychodzi na trybunę sejmową i mówi de facto, że nie zgadza się ze zdaniem rządu w sprawie związków partnerskich. Ma prawo. Tylko że normalny polityk wyrażając głośno swoje zdanie tego typu natychmiast podaje się do dymisji. Ale nie Gowin. On jest w środku i na zewnątrz, jest niby członkiem drużyny, ale i jej krytykiem, pełni dwie całkowicie wykluczające się role.
Jarosław Gowin powiedział kilka dni temu, że nie boi się rządów PIS-u, bo to normalna demokratyczna partia. Cóż, nasuwa to pewne wnioski. Skoro PIS jest normalną demokratyczną partią, to PO powinna skorzystać ze ściągi od Jarosława Kaczyńskiego, w której napisane jest, jak postępować z Gowinopodobnymi. I powinna Platforma zrobić z Gowinem, to co Kaczyński z Zalewskim, Marcinkiewiczem, Dornem, Jakubiak, Kluzik - Rostkowską, Kamińskim i wieloma innymi. Demokratycznie wywalić z partii.
A może nie powinna? Bo przecież, przy wszystkich swych brakach, problemach, mankamentach i słabościach, PO PiS-em nie jest. Więc niech Gowin mówi i robi swoje. Niechaj jednak będzie jasne, że jest w tej partii ciałem obcym. Dosłownie.
