Niemiecki film "Nasze matki, nasi ojcowie" jest bardzo dobry. W tym sensie, że bardzo dobrze się go ogląda. Choć nie ukrywam, że ostatnią jego część, w której pojawili się Polacy, oglądałem wprawdzie bez wściekłości, ale z autentycznym smutkiem.
REKLAMA
Po pierwsze podziękowania dla TVP za to, że - mimo sprzeciwów - podjęła trudną decyzję wyświetlenia tego filmu. Politycy PiS i dziennikarze PiS powtarzali, że filmu tego pokazać nam nie można, bo pokazuje nieprawdę. Oni to wiedzieli już bez oglądania. Po prostu to wiedzieli, tak jak wiedzą, że był zamach w Smoleńsku.
Na szczęście publiczna telewizja nie potraktowała widzów jak stada bachorów, za mało dojrzałych, by ocenić i wyciągnąć wnioski. Obejrzałem. Oto moje wnioski.
Najwięcej w dyskusji o tym filmie mówi się o historii. O tym jaka była naprawdę i o tym, w których miejscach film ją zafałszowuje. Mam jednak wrażenie, że celem twórców filmu nie było przede wszystkim pokazanie historycznej prawdy. Ich celem było pokazanie prawdy akceptowalnej przez Niemców.
I to im się udało. Niemcy robią w tym filmie rzeczy straszne, potworne. Ale prawdziwe potwory są w tym filmie na drugim planie. Bydlaki są w tle. Na pierwszym planie jest piątka głównych bohaterów. Troje z nich robi rzeczy haniebne, ale coś bardzo ważnego łączy ich z pozostałą dwójką. Co może łączyć Niemców mordujących Żydów albo Niemkę donoszącą na Żydówkę i skazującą ją de facto na śmierć z niemieckim Żydem, którego Niemcy chcą zabić? Ano to, że wszyscy są sympatyczni. Bracia rozstrzeliwujący Żydów i Rosjan wyraźnie cierpią. Potem mniej, ale na początku bardzo. Wniosek? Z natury są dobrzy, to tylko wojna uczyniła z nich potwory, z czego zresztą, jako ludzie inteligentni, zdają sobie sprawę.
Kaci stają się więc w tym filmie ofiarami. Systemu, nazizmu, Hitlera, przełożonych, wojny. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby w tej piątce znalazł się jeden prawdziwy schwarzcharakter, tak dla przyzwoitości. Nie ma go. Niestety. Niemcy oglądający ten film w większym pewnie stopniu niż o potworności niemieckich zbrodni, musieli myśleć o potwornych czasach. Ze współczuciem musieli też myśleć o tym jakie cierpienia musieli w związku z tym przeżywać ich ojcowie i matki.
Sympatyczna piątka żyjąca w solidnie niesympatycznych czasach. Cóż. Producenci filmu zrobili naprawdę sporo, by zmniejszyć publice dyskomfort z powodu jego oglądania. Szkoda.
Jak na tym tle wypadają Polacy? Parszywie. Bo z filmu wynika, że Niemiec zabijał Żyda bo musiał, a Polak właściwie chciał go zabijać albo przynajmniej skazywać na śmierć. Polak nie potrzebował więc do nienawiści wobec Żydów Hitlera. On miał ją w sobie. Owszem, w końcu Żydowi odpuścił, ale nic więcej. Tym bardziej, że w wypadku nieuratowania Żydów z pociągu nie zabijanie też byłoby w praktyce zabijaniem.
Mili, sympatyczni Niemcy dokonują rzeczy strasznych, ale Polacy po prostu są straszni. Te mordy, ten język. Ohyda. Jasne, był w Polsce antysemityzm. Jasne był ONR (hańbą współczesnej Polski jest, że jego zbrodnicza ideologia znowu jest przez niektórych promowana). Jasne, byli wśród AK-owców antysemici, ale scena z pociągiem jest po prostu z gruntu fałszywa.
Dostajemy w tym filmie i w drugi policzek, może słabiej, ale też boleśnie. Bo oto widzimy Rosjan. Jest więc i sołdat gwałciciel, ale jest i towarzyszka oficer, która chroni Niemkę. Towarzyszka oficer mówi, że trzeba budować przecież przyszłość. Niestety wśród pokazanych w filmie Polaków nie ma ani nikogo sympatycznego, ani nikogo z kim dałoby się budować przyszłość. To jest historyczna prawda?
Oczywiście, wolimy widzieć chłopców z AK jak bohaterów "Czasu honoru". Jasne, piękne twarze, tak jak piątka z niemieckiego filmu. Nie jest chyba jednak nadmierną bezczelnością twierdzenie, że chłopcy z AK na sympatyczne postaci nadają się "odrobinę bardziej", niż przynajmniej troje z piątki głównych bohaterów niemieckiego filmu.
Dobrze, że obejrzeliśmy ten film. Nie dowiedzieliśmy się z niego może jak było, ale dowiedzieliśmy się jak Niemcy woleliby przeszłość widzieć. To cenna wiedza.
Nie ma co reagować na ten film o historii histerycznie. A takie reakcje już słychać. Czytam oto na prawicowym portalu, że film pokazuje jaką hucpą i fikcją jest polsko niemiecki dialog. Oczywiście nie jest on żadną fikcją. Przynosi on piękne rezultaty, co pokazują też sondaże, zresztą w obu krajach. Fakt, że film jest akurat owocem podpsutym, ale unicestwianie sensu wielkiego psychologiczno - politycznego procesu przez jakiś film byłoby niemądre i niedojrzałe.
Musimy drogą dialogu iść jeszcze długie lata. Drogą, na której pojawi się jeszcze niejeden film, niejedna przeszkoda i niejedna karygodna i głupia wypowiedź jakiegoś prawicowego polskiego polityka, który będzie nas szczuł na Niemców, by zbić jakiś kapitalik.
Mój serdeczny przyjaciel jest Niemcem. Lata były potrzebne, zanim o historii naszych narodów mogliśmy, a w każdym razie on mógł, mówić zupełnie otwarcie, by tak rzec, ze szczegółami. Nawet więc w relacji przyjacielskiej pewne rzeczy przychodziły trudno. Kiedyś, gdy pokazywałem mu Warszawę i kolejne miejsca kaźni Żydów, musiałem w końcu solidnie poirytowany tłumaczyć, że w Polsce z niemieckiej ręki nie ginęli wyłącznie polscy Żydzi, czemu posłużył spacer po Starym Mieście i wyjaśnienie co na Nowym i Starym Mieście działo się w dniach Powstania Warszawskiego.
Przed Polakami i Niemcami jeszcze długa droga. Nie przeszliśmy jeszcze połowy dystansu, ale nie wolno nam z niej żadną miarą zejść. W imię tego czego doznały nasze matki i nasi ojcowie, za co wyłączną odpowiedzialność ponoszą ich matki i ich ojcowie.
