To jedna z najważniejszych książek o Polsce. "Obłęd '44" Piotra Zychowicza jest historycznym esejem o tym jak grupa ludzi nieodpowiedzialnych, nieporadnych i głupich doprowadziła do Powstania Warszawskiego, największej tragedii w historii Polski. Jest więc książka Zychowicza opowieścią o najbardziej efektownym rozdziale w epopei "Dzieje głupoty w Polsce".

REKLAMA
Zychowicz, autor "Do Rzeczy"(wiem, że chwaląc jego książkę daję mu być może pocałunek śmierci, trudno), przeprowadza swój dowód na głupotę i zbrodniczość dowódców powstania metodycznie i logicznie. Czasem, zgadzam się, stawia tezy zbyt zamaszyste, czasem pisze może zbyt mocno i radykalnie, ale główna linia jego dowodzenia jest w swej logiczności nieubłagana.
Zanim o tym co jest w książce najważniejsze i o tym co się mi w niej podoba trochę o tym, co mi się w niej podoba mniej i z czym się nie zgadzam. Autor, poza niestety głęboko słuszną tezą o głupocie i nieodpowiedzialności ludzi, którzy zdecydowali o wybuchu powstania, stawia też tezy, z którymi zgodzić się nie sposób. Kilka z nich.
1. Zychowicz krytykuje układ Sikorski - Majski jako akt politycznej naiwności. Cała część książki o powstaniu przesycona jest jednak myślą, że trzeba w warunkach tragicznie trudnych, przede wszystkim ocalić narodową substancję. Jeśli tak, to nie można potępiać układu, dzięki któremu setki tysięcy ludzi nie zmarło na Syberii i w Kazachstanie, w łagrach i na stepach, dzięki któremu mogli walczyć w armii Andersa, a nawet przejść szlak od Lenino do Berlina. Jeśli najważniejsza jest narodowa tkanka, a - zgadzam się, że jest - to trzeba być konsekwentnym.
2. Autor dowodzi, że jedyną szansą na niepodległość Polski było pokonanie ZSRR przez hitlerowskie Niemcy, a potem pokonanie nazistów przez Anglię i Amerykę, z czego wyciąga wniosek, że tak naprawdę w wojnie Rosji z Niemcami Polacy powinni kibicować Niemcom. Odważna teza. A co by było, gdyby Niemcy pokonali Sowietów, ale nie zostali pokonani przez zachodnich aliantów? Czy autor sugeruje, że Polacy powinni kibicować Niemcom patrząc jak ci wyrzynają miliony Żydów i wiedząc, że miliony Polaków czekają w kolejce pod topór? Znowu, jeśli uznajemy, że ocalenie narodu jest najważniejsze, to naród za komuny ocalał. Następnych 10-ciu lat niemieckiej okupacji prawdopodobnie by nie przeżył.
3. Zychowicz stwierdza, że Powstanie Warszawskie otworzyło drogę do sowietyzacji Polski. Jest tu o tyle niekonsekwetny, że w wielu miejscach stwierdza, iż przyśpieszyło
sowietyzację, a w wielu innych, że powstanie nie miało sensu, bo sowietyzacja była
przesądzona. Ale zgoda, powstanie, zniszczenie Warszawy, śmierć 200 tysięcy ludzi, sowietyzację na pewno ułatwiło.
4. Autor daje do zrozumienia, że AK i inne podziemne organizacje zbrojne, powinny zajmować się wyrzynaniem komunistów i ludzi AL. Rozumiem, że to w ramach troski o narodową substancję. Z całym szacunkiem, nie wszyscy AL-owcy i nie wszyscy komuniści byli zdrajcami. A nawet gdyby, wzywanie do wojny domowej, która byłaby wyłącznie przelewaniem polskiej krwi (troska o narodową substancję!!!) sensu żadnego nie ma. Szczególnie post factum.
A teraz do sprawy w książce najważniejszej.
Piotr Zychowicz ma rację, że powstańcy byli fantastycznymi żołnierzami, wspaniałymi
Polakami, że zasługują na wieczny podziw i szacunek Polaków, także przyszłych pokoleń.
Zychowicz ma rację, że ludzie, którzy wywołali powstanie powinni stanąć przed sądem
wojskowym za doprowadzenie do pewnej śmierci najlepszego pokolenia Polaków. Zychowicz ma absolutną rację, że powstanie nie miało żadnych szans na sukces. Ma rację, że jedynym państwem, które na powstaniu skorzystało, była sowiecka Rosja, a człowiekiem, który musiał się dławić ze śmiechu z powodu głupoty i naiwności Polaków był Józef Stalin.
Powstanie było fantastycznym prezentem dla sowietów, dla Stalina i dla polskich komunistów, szykujących się do zainstalowania się w Polsce. Oto polska inteligencja dokonywała harakiri, oto stolica Polski niepodległej, której nienawidzili, przestawała istnieć. "Tak, teraz będzie nam o wiele łatwiej" – musieli myśleć komuniści. I mieli rację.
Piotr Zychowicz opisuje dramatyczne dni poprzedzające podjęcie decyzji o wybuchu
powstania. Pisze o świetnych polskich oficerach, którzy wiedzieli, że powstanie skończy się klęską, bo musi się skończyć klęską rzucanie nieuzbrojonych lub źle uzbrojonych i niewyszkolonych lub źle wyszkolonych młodych ludzi na uzbrojonego po zęby wroga. Pisze o oficerach z dowództwa Komendy Głównej AK i o wodzu naczelnym, Kazimierzu Sosnkowskim, którzy stawali na głowie, by do zbiorowego samobójstwa nie doszło. Pisze też o intrygantach i ludziach nieodpowiedzialnych, panach Okolickim, Pełczyńskim, Rzepeckim i Chruścielu, którzy na nieporadnym i bezsilnym generale Borze-Komorowskim wywierali presję, by do powstania doszło.
Głównym sprawcą powstania był generał Okulicki. To on trafił na Łubiankę w Moskwie już w 41 roku i szeroko oraz bez oporów opowiadał NKWD o strukturach podziemnego państwa. To on złamał rozkaz Naczelnego Wodza Sosnkowskiego i po przybyciu do Warszawy zamiast zapobiec tragedii zrobił wszystko, by do niej doprowadzić. To on wpadł na całkowicie idiotyczny pomysł "kotła" - wymyślił, że powstańcy mający jedną dziesiątą potrzebnej broni, zamkną Niemców w "kotle" i ich wyrżną. To on nie przejmował się, że powstańcy nie mają broni. To on, według wszelkich relacji, nie przejmował się też nadmiernie rzezią w Warszawie. To on po wojnie znowu trafił na Łubiankę. To on proponował NKWD swoje usługi w budowaniu więzi przyjaźni między Polską a ZSRR. Oto główny sprawca powstania.
Szefem AK był generał Bór-Komorowski. Specjalista od hippiki, człowiek słaby i chwiejny. Rację miał dla niego ten, kto wychodził od niego ostatni. Komorowski, inaczej niż generał Grot-Rowecki, nie był prawdziwym dowódcą. W przeddzień powstania, zmanipulowany jak dziecko przez Okulickiego i Chruściela, podjął decyzję o rozpoczęciu walk. Chwilę później dowiedział się, że Rosjanie wcale nie szykują się do wejścia do Warszawy, a Niemcy za to szykują się do przeciwnatarcia. Decyzji jednak nie zmienił, choć był na to czas. W czasie powstania był w stanie skrajnej desperacji i apatii. Przerosła go własna decyzja, przerosła go sytuacja.
O tym, że powstanie przegrało wiadomo było już po kilku godzinach. Ale przecież trzeba się było bić. Agonię i rzeź przedłużono do 63 dni. Był pomysł, by już po kilku dniach skapitulować, ale wtedy dowódcy powstania, jak dzieci znowu dali się podpuścić Stalinowi, który udał, że powstańcy dostaną realną pomoc. Oczywiście wiadomo było, że jej nie dostaną. Powstanie było w końcu zaplanowane po to, by ubiec Rosjan, naiwnością byłoby więc oczekiwanie, że Stalin Polakom pomoże. Trzeba było skrajnej naiwności, by w to wierzyć. Taką kuriozalną naiwność wykazali dowódcy powstania.
Do dziś twierdzi się, że powstanie i tak by wybuchło, nawet bez rozkazu. By tak twierdzić, trzeba uważać powstańców nie za zdyscyplinowanych żołnierzy, ale za harcerzyków. A oni harcerzykami nie byli. Byli właśnie żołnierzami. Rozkaz by wykonali. Kilka dni przed 1 sierpnia dostali zresztą broń, by ruszyć następnego dnia do walki. Gdy mobilizację odwołaną broń złożyli. Bo byli wojskiem.
Pragnienie zemsty za lata wojny, niemieckich zbrodni, doznanych upokorzeń, było zrozumiałe. Ale też zadaniem dowódców jest, by wysyłać wojsko do boju, gdy ma ono szansę wygrać. A już nie mają prawa dowódcy wysyłać nikogo na pewną śmierć. Młodzi powstańcy mieli prawo marzyć o zwycięstwie. Mieli prawo wierzyć w sens swej walki. Także dlatego, że przez lata byli okłamywani przez premierów Sikorskiego i Mikołajczyka, którzy doskonale wiedzieli, że Polska została już Rosji sprzedana przez aliantów.
Już pierwszego dnia zginęło ponad 2 tysiące powstańców. W całym powstaniu zginęło prawie 200 tysięcy ludzi. Niemców zginęło w powstaniu 1.600. Na jednego zabitego Niemca przypadało 120 zabitych Polaków. Takie były proporcje. I inne być nie mogły. Dowódcy musieli to wiedzieć. I wielu mądrych oficerów z Komendy Głównej to wiedziało. Wiedział to Anders, wiedział Sosnkowski. Szaleństwa nie dało się jednak powstrzymać.
Od lat słyszymy, że dzięki Powstaniu Warszawskiemu naród mógł przetrwać komunę i potem odzyskać wolność. Piękny to mit, ale niezbyt mądry. Powstanie zabiło na lata wiarę Polaków w odzyskanie wolności, osłabiło ducha narodu i jego siły, zniszczyło wielką część narodowego dziedzictwa, unicestwiło dorobek pokoleń. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach naprawdę chce dowodzić, że wszystko to ułatwiło, a nie utrudniło odzyskanie niepodległości?
Komuniści przez dziesięciolecia w podły sposób opluwali powstanie i powstańców. Ale ich nachalna i głupia propaganda była darem losu dla tych, którzy do powstania doprowadzili. Zamiast przed sąd wojskowy trafili do galerii bohaterów. Nie byli juz katami, ale ofiarami. Komuna pomogła, to paradoks, zbudować mit powstania, powstała legenda, która przesłoniła i przesłania nieodpowiedzialność i głupotę tych, którzy do powstania doprowadzili.
Generałowie Bór-Komorowski i Okulicki, panowie Chruściel i Pełczyński mają dziś w Warszawie swoje ulice. To dopiero paradoks. Miasto, które skazali na śmierć, dziś oddaje im hołd. Czyli w Polsce można jednak liczyć na nagrody za nieodpowiedzialność, nieporadność i głupotę.
Piotr Zychowicz pisze, że Generał Okulicki w dniach poprzedzających powstanie wszystkim jego przeciwnikom zarzucał tchórzostwo. Potem na Łubiance pięknie sypał
informacjami o polskim podziemiu, tak jak na tej samej Łubiance robił to wcześniej. Ważna lekcja dla nas, współczesnych.
Nie służą wcale najlepiej Polsce ci, którzy mają buzie wypchane frazesami i sloganami o patriotyzmie i bohaterstwie, którzy swych racjonalnie myślących oponentów szantażują i spychają do narożnika oskarżeniami o tchórzostwo i uległość. Czasem okazuje się, że wrzaskliwi i histeryczni pseudopatrioci, tak naprawdę nie Polsce w gruncie rzeczy służą, ale obiektywnie rzecz ujmując, służą wrogom Polski. Bóg da, że czynią tak wyłącznie z własnej głupoty.