Jak wiadomo, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. No chyba, że do swojego kraju przybywa z Hameryki i jest "ekspertem" od lasów i metali. Wtedy jest prorokiem murowanym.

REKLAMA
Ciekawe, że w ramach cywilizacyjnego zbliżania się do Europy Polacy raczej tracą zainteresowanie tym, co Polski nie dotyczy. Wystarczy spojrzeć na programy informacyjne. Wojna domowa w Egipcie? Okazuje się, że najważniejszym jej elementem jest los naszych turystów w Hurgadzie. Wielka Brytania? Royal baby albo jakieś chrzciny. Włochy - bunga bunga.
Ale jednocześnie, zainteresowanie zagranicą raczej tracąc, przeżywamy całym sercem nawiedzenia jakich ojczyzna nasza doznaje. Mieliśmy właśnie zjazd noblistów. Cóż, Dalajlama Dalajlamą, profesor Yunus profesorem Yunusem, były prezydent de Klerk byłym prezydentem, ale wszyscy oni oczywiście w oczach naszych zbledli, gdy pojawiła się Sharon Stone. To był taki nasz instytnkt. Można by powiedzieć - nagi.
Słynną scenę z aktorką Stone wszyscy znamy, przekładanie owych nóg w taki a nie inny sposób z taką a nie inną ekspozycją imponderabiliów cielesnych, do historii przeszło i wyobraźnie niezmiennie pobudza. Oczywiście jest to zrozumiałe. A zainteresowanie to jest tym bardziej zrozumiałe, że Sharon Stone rzeczywiście robi dużo dobrego w sprawie walki z AIDS i nie tylko.
Okazało się jednak w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, że nie Sharon Stone była największą gwiazdą z Hameryki, jaką właśnie gościliśmy. Największą, bezdyskusyjnie największą, okazał się niejaki Chris Cieszewski.
Chris, z wydziału leśnictwa na uniwersytecie w Georgii powiedział nam, że brzozy nie było 10 kwietnia, że brzoza nie stała, a w najlepszym razie leżała, bo ją kilka dni wcześniej ścięto.
Tym samym Chris Cieszewski wniósł niebagatelny wkład w dzieło budowy naszej narodowej zgody. Kilkadziesiąt miesięcy trwała debata czy przyczyną katastrofy tupolewa było zderzenie z brzozą czy nie. Chris udowodnił, że to spór bezsensowny, bo brzozy w ogóle nie było.
Za chwilę pojawi się jakiś inny profesor z Hameryki, który przedstawi dowody na to, że katastrofy w ogóle nie było, ale spokojnie, spokojnie, cierpliwości, na to musimy jeszcze kilka dni poczekać.
Panowie Nowaczyk, Binienda, Cieszewski nie są, najdelikatniej rzecz ujmując, znanymi w Ameryce naukowcami. Za sprawą tzw. zespołu Macierewicza zyskują jednak błyskawiczną sławę w Polsce. Wystarczy przyjechać do Warszawy, palnąć jakąś kompletną brednię i mamy super - news, a profesor ma sławę.
Wydawało się dotąd, że jeśli idzie o Polaków zagranicą, to mamy dwie wielkie sławy, profesorów Brzezińskiego i Baumana. Teraz okazało się jednak, niepokorni publicyści i politycy PiS nam to wyjaśnili, że to autorytety fałszywe, a nawet sprzedajne.
Mamy nowe. Co warto zaznaczyć, w naukach ścisłych, a przecież w tej dziedzinie od czasów Marii Curie-Skłodowskiej wielkich sukcesów nie odnosliliśmy. Warto było jednak czekać. Co tam polon i rad, gdy mamy ścisłowców z najwyższej półki, potrafiących wyjaśnić stworzone przez pana posła Macierewicza zagadki, dokładniej - bo przecież zagadek nie ma, zamach był - pokazać, że był, bo musiał być.
Mamy więc może importowanych, ale wybitnych specjalitów, może nie z Harvardu, Yale, Princeton i Yale, ale leślinctwo w Georgii i wydział ścisły na University of Maryland to też coś. A propos tego ostatniego, profesorowi Nowaczykowi, jednemu z ekspertów pana Macierewicza właśnie za pracę na tej uczelni podziękowano. Nie świadczy to oczywiście o jego niskich kompetencjach. Wyłącznie o tym, że brutalny atak środowisk prorządowych na polską naukę trwa, zatacza coraz szersze kręgi i dotyka także niepokornych naukowców z Ameryki.
Oni się jednak, tego możemy być pewni, nie ugną. O nie, co to to nie. Poza wszystkim nie mogą zrezygnować z właśnie uzyskanej wielkiej sławy. Co powiedzą, to przełom, co stwierdzą, to rewelacja. Ba, może Nobel nawet.
Ja nie żartuję. Wybitni eksperci zespołu Macierewicza spokojnie mogą się pokusić o nagrodę Nobla. Z fizyki, bo na razie nie ma Nobla z leśnictwa. A wtedy sława polskiego naukowca zostanie dostrzeżona i uszanowana przez świat cały.
Mieliśmy więc w Warszawie dwa zjazdy - noblistów i przyszłych noblistów. Ci pierwsi wciąż gadają o pokoju, a na świecie tyle wojen, ci drudzy pokazują, że niemożliwe naprawdę może być możliwe.
Kłaniamy się więc nisko Sharon Stone, ale dostrzegamy też rzeczywiste zasługi, oczywistą wybotnośc naszych ludzi, Polaków, krew z krwi, kość z kości, może i z Hameryki, ale wciąż naszych, swojskich, sprawie Polski wiernych i Polakom służących. Panie Antoni, drodzy Panowie, wdzięczny naród Wam się kłania.