Prezes Jarosław Kaczyński w bardzo ważnej sprawie zajął dokładnie takie stanowisko jak Niemcy, co może – w oczach niektórych – budzić wątpliwości, czy prezes nie reprezentuje aby ukrytej opcji niemieckiej? Otóż prezes nie życzy sobie, by w Polsce stacjonowały w ramach sił NATO wojska niemieckie. Tak się składa, że Niemcy też sobie tego nie życzą.
REKLAMA
Oczywiście można w tym miejscu odnotować niezwykły postęp, jaki nastąpił w Europie i w stosunkach polsko-niemieckich w ostatnich kilkudziesięciu latach. Nieprzepadający za Niemcami prezes nie mówi przecież, że pomysł stacjonowania u nas jakichś żołnierzy niemieckich pachnie Targowicą. Mówi po prostu, że sobie tego nie życzy, do czego ma prawo, może abstrahując od tego, że polityka polskich władz niezupełnie jest kwestią koncertu życzeń, tym bardziej koncertu życzeń lidera opozycji.
Jakiś czas temu perspektywa pojawienia się w Polsce Bundeswehry wywołałaby mniej więcej taki efekt, jak perspektywa pojawienia się Wehrmachtu. Dziś jest to po prostu kwestią debaty, być może sporu, ale dokładnie tyle.
Stanowisko Kaczyńskiego, choć uważam, że jest błędne, nie wydaje mi się niedorzeczne. Łatwo odgadnąć, że u wielu, szczególnie starszych Polaków, obecność nad Odrą i Wisłą żołnierzy mówiących po niemiecku, może budzić niemiłe skojarzenia. Trzeba te uczucia szanować. Pytanie, czy należy się nimi kierować.
Pytanie pozostaje oczywiście abstrakcyjne tak długo, jak długo Niemcy nie mają najmniejszej ochoty wysyłać tu choćby kompanii w przekonaniu, że prowokowałoby to niepotrzebnie Rosję. Ale nie unicestwia to sensu debaty.
Ja na przykład uważam, że pomysł rozlokowania w Polsce 10 tysięcy żołnierzy NATO, jest bardzo rozsądny i należy go forsować. Inaczej niż Kaczyński nie uważam, że z założenia powinny to być siły amerykańskie, choć nie mam nic przeciw siłom amerykańskim. Wydaje mi się raczej, że byłoby najlepiej, gdyby były to siły wielonarodowe. Im narodów więcej, tym lepiej. Świadomość Francuzów, Amerykanów, Niemców czy Brytyjczyków, że stacjonują tu ich chłopcy, zdecydowanie zwiększyłoby ich troskę o nasze terytorium. Ta obecność mogłaby być nie mniej ważna, niż artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.
Jako się rzekło, trudno rozmawiać o obecności w Polsce niemieckich żołnierzy, gdy nie chcą o tym rozmawiać sami Niemcy. Ale temat jest ważny, nawet jeśli dotykamy tu bardziej psychologii niż realnej polityki. Mnie niemieccy żołnierze w Polsce nie przeszkadzaliby z kilku względów.
Po pierwsze dlatego, że wcale tu się nie wybierają. Jakby bardzo chcieli, to może zapaliłyby mi się lampki alarmowe, ale się nie wybierają, więc lampki się nie świecą. Po drugie dlatego, że nikt przytomny nie podejrzewa Niemców o chęć przejęcia Wrocławia i Szczecina, coś takiego może sugerować tylko idiota.
Prawdę mówiąc, Niemcy naprawdę już wiedzą, że niemieckie banki, samochody i inne Siemensy nadają się do blitzkriegu bardziej niż jakieś Luftwaffe. Po trzecie, uważam, że niemieckie wojska w Polsce, choćby jakiś skromny oddział, jeszcze by nasze narody do siebie zbliżyły. I naprawdę nie myślę o zbliżeniu w rodzaju tego, jaki Ukrainie zaoferowała Rosja anektując Krym.
Prezes Kaczyński może mieć w tej sprawie inne zdanie, ja jednak zdania nie zmienię, póki prezes nie ujawni, dlaczego pani Merkel jest kanclerzem Niemiec, a powinien, bo zasugerował już dwa i pół roku temu, że jest ona kanclerzem nie przez przypadek (chyba nie miał na myśli tego, że wygrała wybory). Może prezes wie, że KGB nie tylko wybrało Putina na prezydenta Rosji, ale także Merkel na premiera Niemiec. Ale "może", bo wciąż nie wiemy tego, co wie prezes. Może się dowiemy. Czekamy niecierpliwie, zachowując sobie prawo do przekonania, że Niemcy mają kanclerz Merkel, bo jej chcieli.
P.S. Podobnie jak prezes "otworzyłem" wczoraj telewizor i obejrzałem na różnych "radiostacjach" prognozy pogody. Na kilku widziałem zaznaczoną Warszawę i Polskę. Może to sugerować, że Polska jednak jest w Europie i że wielu przyjęło to do wiadomości, co do czego prezes nabrał wątpliwości otworzywszy telewizor i nie zobaczywszy mapy pogody z Polską i Warszawą.
W tym momencie mogę jedynie zasugerować prezesowi, by nie otwierał telewizora. Po pierwsze, telewizor kłamie. Po drugie, po cóż konfrontować swoje wyobrażenie o świecie ze światem. Nie warto, szczególnie, gdy to wyobrażenie jest tak głęboko zinternalizowane. Nie ma co ryzykować.
