Jestem głęboko poruszony listem ojca, świętej pamięci posła RP, Sebastiana Karpiniuka do Jarosława Kaczyńskiego. Pan Marek Karpiniuk, człowiek, który stracił syna, prosi człowieka, który stracił brata, by nie traktował instrumentalnie wielkiej tragedii Polski, Polaków, tragedii Kaczyńskich i Karpiniuków.

REKLAMA
Po pierwsze, cóż za niespodzianka. Nagle okazuje się, że w katastrofie zginęli nie tylko ludzie PIS-u. Niby to wiemy, nawet prezes o tym wspomniał w swym wystąpieniu, ale zaraz potem skupił się jednak na bracie i na ludziach, którzy z prezydentem Lechem Kaczyńskim współpracowali.
Jarosław Kaczyński ma święte prawo odczuwać ból, stratę. Ma święte prawo być rozgoryczonym, wściekłym, złym. Ale też popełnia Kaczyński straszliwe nadużycie całkowicie cynicznie używając tej tragedii do zdobycia władzy.
W wyborach prezydenckich 2010 roku Kaczyński był soft-Kaczyńskim i wygłaszał nawet przyjaźnie brzmiące apele do braci Rosjan. Potem przyznał jednak, że czynił tak, bo był na proszkach. W następnych latach pan prezes używał Smoleńska albo o Smoleńsku zapominał, w zależności od swych politycznych potrzeb.
W tym samym czasie pani Komorowska i syn ministra Komorowskiego, pani Szmajdzińska i jej dzieci, pan Deresz i jego córka, oraz cała rzesza innych krewnych ofiar mieli po prostu żałobę, koszmarne sny, nieprzespane noce, dni smutku i desperacji, dramatyczne odwiedziny grobów bliskich i pytania - dlaczego nie ma Ciebie wśród nas, dlaczego nie możemy wypić herbaty, pogadać, pośmiać się. Dla tych ludzi nie był Smoleńsk elementem politycznych kalkulacji. Był traumą. Taką samą jak dla pani Gosiewskiej, dla Pani Merty, dla Joanny Racewicz i innych.
Wielu krewnych smoleńskich ofiar ma pretensje do władz, do premiera, do prezydenta. Ich prawo. Nie nam sądzić i oceniać. Przeżyli koszmarną tragedię, wciąż ją przeżywają. My, którzy czegoś takiego nie doświadczyliśmy, mamy obowiązek podejść do ich uczuć i reakcji z pokorą. I ze zrozumieniem. I z szacunkiem.
Mamy też obowiązek tak samo podchodzić do cierpienia Pana Jarosława Kaczyńskiego, który stracił umiłowanego brata. Ale pewne obowiązki ma też pan Jarosław Kaczyński. On jest nie tylko krewnym ofiary. On jest człowiekiem, który
rości sobie prawo do sprawowania w Polsce władzy. To wielka odpowiedzialność. Pan Kaczyński nadużywa niestety swego prawa krewnego ofiary. Używa bowiem wielkiej tragedii do swej małej polityki.
Przykro mi to mówić, ale instrumentalizując wielką tragedię, Pan Kaczyński nie robi dobrze pamięci swego brata. Nie wszyscy, oględnie mówiąc, uważali prezydenta Lecha Kaczyńskiego za dobrego prezydenta. Ale prawie wszyscy płakali, gdy prezydent i jego żona zginęli. Polacy mieli poczucie, że to jest tragedia narodowa. I słusznie. Przecież zginął prezydent RP. Jarosław Kaczyński wielką tragedię narodową traktuje niestety jak trampolinę. Do władzy. Do zemsty.
Od lat Pan Kaczyński, bez cienia empatii dla uczuć wszystkich, podkreślam, wszystkich krewnych ofiar, uczynił z tragedii materiał wyborczo-polityczny. Panie prezesie Kaczyński, Pana brat zasługuje na więcej, niż bycie fragmentem pana wyborczego teledysku. Czy jest gdzieś granica cynizmu? Czy jest gdzieś granica bezceremonialnego wykorzystywania ofiar i uczuć ich krewnych?
Wielka tragedia uzasadnia gorycz, smutek, rozpacz. Ale wielka tragedia nie usprawiedliwia podłości, nikczemności, niegodziwości. Niestety, zbliża się chyba moment, gdy Polacy muszą bronić pamięci ofiar katastrofy, w tym Pana brata. Nie przed Putinem, Tuskiem, Komorowskim. Przed Panem.