W pierwszych słowach mego listu uprzejmie proszę redakcję naTemat, by nie zmieniała tytułu tego tekstu, choć - wiem - wydaje się on być solidnie "od czapy". Tytuł ma jednak pewien sens, o czym później.

REKLAMA
Maraton w Bostonie był absolutnie moim najlepszym. Albo o wiele precyzyjniej, był najlepszym w jakim brałem udział. Spóźniam się z tym tekstem z dwóch względów. Po pierwsze, po biegu byłem w stanie ogólnego rozkładu, kiedy wejście do łóżka i wygramolenie się z niego było wielkim kłopotem. Po drugie, wolałem odtajać, by pobiegowa euforia nie przytuliła się do egzaltacji, a autentyczne wzruszenie nie ubrało się w patos.
To był wyjątkowy maraton. Wyjątkowy oczywiście przez kontekst. A kontekst stworzył w Bostonie maraton zeszłoroczny. Terrorystyczny atak, cztery ofiary śmiertelne, 16 osób z urwanymi kończynami, ponad 200 osób rannych. Tuż po tamtej tragedii mieszkańcy Bostonu masowo zaczęli nosić T-shirty z napisem Bostonstrong. Przesłanie było proste. Nie damy się. Nie tylko nie pozwolimy zniszyć wielkiego święta, ale za rok uczynimy je jeszcze lepszym i bardziej radosnym niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiem jak bywało wcześniej. Wiem jak było w poniedziałek. Wspaniale.
Nie wiem co było najwspanialsze. Jak zawsze w przypadku maratonów, tak uwielbiana myślę przez wszystkich maratończyków wspólnota, Demokratyczna wspólnota. Gdy o świcie dziesiątki tysięcy ludzi idą w kierunku głównego parku miasta, Boston Common, nie ma podziałów na bogatych i biednych, na prezesów i robotników,na białych czy czarnych, kobiety i mężczyzn. Jest wspólnota ludzi z Ameryki i z całego świata, którzy przyjechali tu, by się zmierzyć, każdy ze sobą. I po to, by przeżyć coś nadzwyczajnego.
I jest coś i świątecznego(był w końcu wielkanocny poniedziałek) i spontanicznego i zrelaksowanego i jednak pełnego napięcia, gdy te tłumy wsiadają do setek szkolnych autobusów, by pojechać do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów od Bostonu miasteczka Hopkinton, gdzie maraton startuje.
Potem dwie godziny leżakowania na karimatach, kawałkach tektury i plastikowych workach, by w podziale na cztery "fale" po 9 tysięcy biegaczy, a każda z nich na 9 grup, czekać na start. Wesoły gwar przecięty na minutę, gdy wszyscy oddają hołd tym, którzy w zeszłym roku stracili życie i ucierpieli.
Gdy na miejsce startu jechałem z Richem z San Francisco, ten przekonywał mnie, że będzie trudno, ale poniesie nas tłum. Myślałem, że przesadza. Tłum tłumem, doping dopingiem, ale cierpienie cierpienie, ból bólem. A jednak to on miał rację. Widziałem już ogromne tłumy kibicujących w Nowym Jorku i w Berlinie, we Frankfurcie i w Hamburgu, ale czegoś takiego nie widziałem, niczego podobnego nie doświadczyłem.
logo
Milion fanów na trasie!

Wyobraźcie sobie - milion ludzi na trasie. Dokładnie - milion! Tłumy w wioskach i miasteczkach po drodze. Dzikie tłumy, gdy wbiega się do Bostonu. Ostatnie 6 kilometrów to gęsty szpaler ludzi, po każdej stronie za barierkami sześć, siedem, dziesięć rzędów stojących, wrzeszczących, dopingujących wszystkich razem i każdego z osobna.
Dwa fantastyczne momenty na trasie. Jeden dokładnie w połowie dystansu. Zgodnie z tradycją dziewczyny z najsłynniejszej w Ameryce żeńskiej uczelni, Wellesley College (skończyły go między innymi Hillary Clinton i Madeleine Albright) urządzają tzw. Scream Tunnel, Tunel Wrzasku. Kilka tysięcy dziewczyn drze się naprawdę w wniebogłosy, to jest doping absolutnie fantastyczny, niosący przez następne dwa, trzy kilometry.
A propos kobiet. Na oko biegaczek było w tym maratonie więcej niż w innych, w których biegłem. Może jedna czwarta, może więcej. Wiele z nich, a mówię o amatorkach, fantastycznie przygotowanych. W 1967 roku na trasie maratonu w Bostonie zrobiono słynne zdjęcie. Oto oficjel próbuje wypchnąć z trasy (i zerwać numer startowy) dziewczynę, która pobiegła, bo zarejestrowała się podając tylko pierwsze litery swych imion i nazwisko. Dlaczego tak? Bo dopiero w 1972 roku kobietom pozwolono w tym maratonie uczestniczyć. Tamta dziewczyna w 67 roku dobiegła, bo obronili ją jej chłopak i inni biegacze. Mało pamiętany a całkiem ważny moment w walce o prawa kobiet. Dziś do głowy by nikomu nie przyszło, by kobiet do maratonu nie dopuszczać, jeszcze całkiem niedawno takie barbarzyństwo było normą.
A teraz drugi moment. Na 33 kilometrze ostatni z czterech ciężkich podbiegów, zwany, jakże odpowiednio, Heartbreak Hill, czyli Wzgórze Złamanych Serc, choć lepsze byłoby tłumaczenie Wzgórze Zawałów Serc. Miejsce to na maratońskiej mapie oznaczone jest serduszkiem, choć powinien to być raczej jakiś fragment elektrokardiogramu. Te cztery podbiegi, tzw. Newton Hills, są koszmarem. Ja na przykład straciłem rachubę, więc nie miałem pewności czy to już rzeczywiście ostatni podbieg, czy może przedostatni. Choć domyślałem się, bo znowu doping był tu niesamowicie głośny, fantastyczny. Dzwoneczki, narzucające rytm biegu skandowanie "hop, hop, hop", okrzyki "dajesz facet, jeszcze chwila", "jedziesz, przecież jesteś blisko". I czasem zabawne transparenty - "Nie zatrzymasz się, przecież tylu ludzi patrzy" albo "ból przeminie, chwała pozostanie".
33 kilometr. Jesteśmy na szczycie. Teraz sześć kilometrów raczej z góry i trzy "płaskie". Już do mety. Po drodze wielu biegaczy na protezach albo na protezie. Po drodze mijam 74-roletniego Dicka Hoyta, który od wielu lat biega maratony (uczestniczy także w Ironmanach) popychając wózek inwalidzki, na którym siedzi jego dziś 52-letni syn, który w czasie porodu doznał uszkodzenia mózgu (niedotlenienie) i nie jest w stanie się poruszać o własnych siłach. Chłopak skończył jednak studia, a razem z ojcem stanowią cudowną ilustrację wspaniałej więzi łączącej ojca z synem i wielkiej determinacji w walce z przeciwnościami losu.
Wiem, że to może już pachnieć patosem, ale nie ma w tym grama patosu. I biegacze na protezach i Dick oraz jego syn Rick byli przez innych biegających serdecznie pozdrawiani, ludzie zatrzymywali się, by im "przybić piątkę". Jest bowiem bezdyskusyjnie coś takiego jak braterstwo biegających. Jest wielki wzajemny szacunek. Tu kompletnie nie ma znaczenia czy biegasz maraton w 3 godziny, w cztery czy w pięć. Biegniesz i dobiegasz do mety - jesteś wielki. Po prostu.
Przed biegiem długo zastanawiałem się nad taktyką. Biec "na tętno", czyli z pasem na piersiach, który na zegarek przekazuje informację o aktualnym tętnie, idzie o to, by go nie przekraczać, bo wtedy organizm wchodzi w zakwaszenie i nieubłaganie zbliża się zderzenie ze ścianą. Druga taktyka - taką obrałem ze złym skutkiem we Frankfurcie, biec dokładnie według założonego czasu. Maraton chcę przebiec mniej więcej w 3 godziny 10 minut, każdy kilometr w 4 minuty 30 sekund, biegnie się więc w tym tempie tak długo jak się da. We Frankfurcie pogoda nie pomogła(wiatr 30 km na godzinę w twarz, ulewa, niskie ciśnienie), więc na połówce pękłem. Tu wybrałem taktykę najprostszą. Biec na wyczucie, tak długo jak się da zachowując lekkość biegu, nie przyśpieszać, nie szarpać, biec swoje.
Po 10 km miałem jakieś 40 sekund rezerwy, po 20 około minuty. Na 30 km tempo siadało, ale nie mogło być inaczej. Te podbiegi Newton Hills są naprawdę straszne, nie przez przypadek choćby w tym roku zwycięzca z Bostonu miał około dwie minuty gorszy czas od zwycięzcy płaskiego Orlen Marathon w Warszawie. Na 36, 37 kilometrze biegnie się na oparach, na ambicji, biegnie się dzięki dopingowi tłumu, biegnie się, by przez następne miesiące mieć poczucie satysfakcji, a nie zawodu, że odpuściłem, nie wytrzymałem.
Na 38 kilometrze wiedziałem, że pobiję swój życiowy rekord. Może o cztery minuty, może o trzy, może o pięć, ale pobiję. Udało się. Czas 3 godziny 12 minut 44 sekundy, pięć minut lepiej niż dokładnie rok wcześniej w Hamburgu, gdzie uzyskałem czas, dzięki któremu zakwalifikowałem się do Bostonu. I stąd ten tytuł. 3.12 w 118, najstarszym na świecie maratonie, w wieku 48 lat.
Miałem w tym roku swój team. Wiedziałem, że dziewczyny na mnie czekają, nie mogłem ich zawieść. Mało kto zresztą w tym świecie uczestniczy sam. Są żony, mężowie, dzieci. Jest święto.
A następnego dnia w Bostonie - Dzień Utykających. W sekundę rozpoznaje się każdego kto biegł (zresztą prawie wszyscy są w maratońskich koszulkach i kurtkach). Wszyscy jak po zderzeniu z pociągiem. Wszyscy szczęśliwi.
Nie narzekam na maratony w Polsce. Liczba biegających rośnie błyskawicznie. To fantastyczne. Gdyby jeszcze, może kiedyś, mieszkańcy naszych miast nie mieli poczucia, że nastąpił kataklizm, ale że naprawdę trwa święto. Może kiedyś i u nas będą tłumy. Wiwatujących, uśmiechniętych, wyrażających dosłownie na każdym kroku szacunek dla biegaczy.
Lotnisko Logan w Bostonie. Tłum czekający na odprawę do samolotu do Nowego Jorku. Jeden z wpuszczających wychwytuje człowieka z medalem za ukończenie
maratonu. Prosi go do siebie i puszcza przed wszystkimi. Pokazuję swój. Wchodzimy bez kolejki. Bostonstrong. Bostongrateful.