Namawiając do pisania autorów naTemat, przekonuję ich zawsze, by nie ograniczali się do swoich specjalności. Że polityk pisze o polityce, prawnik o prawie, kucharz o gotowaniu, a naukowiec o nauce. Polityk może interesować się kuchnią tak samo jak kucharz, a prawnik po godzinach może mieć hobby, o którym będzie pisał nie mniej ciekawie i fachowo, niż o prawie. Ja w naTemat pisałem dotąd o polityce. Może w związku z urlopem, a może w związku z inspirującym wydarzeniem, które mnie spotkało, dziś piszę o kuchni.
REKLAMA
Usłyszałem jakiś czas temu historię, jak jeden z gości prezydenta dostał na lunch kanapkę z chlebem baltonowskim i jajkiem. Dosłownie: kromka chleba baltonowskiego, masło, jajo. W pałacu. Usłyszałem też inną historię - o tym, jak zła jest kuchnia w kancelarii premiera. Tymczasem oba te miejsca są odwiedzane przez gości zza granicy, którzy przecież powinni wyjeżdżać z Warszawy, zainspirowani polską kuchnią. W chlebie baltonowskim, w smażonej wieprzowinie w panierce, w jajach z majonezem niestety inspiracji jest bardzo mało.
I od tego właśnie zaczęła się rozmowa o takiej polskiej kuchni. W Warszawie jest ona do spróbowania między innymi u Wojciecha Amaro. Okazuje się jednak, że nie trzeba iść do Amaro i nie trzeba dużo wydawać, aby przeżyć coś wyjątkowego. Mój gospodarz mieszka daleko od stolicy, ale ma ambicję robić z polskich produktów kuchenne rewolucje.
Zaczęliśmy od nalewki z pędów sosny. Przepis na nią można znaleźć w kilku miejscach w sieci. Nasza nalewka dojrzewała tylko trzy miesiące, ale w wódce czuć już było podlaskie drzewo. Gospodarz podał do niej ogórki małosolne, tworząc ciekawe zestawienie smaków.
Nalewka była wstępem. W sumie było jak w powiedzeniu: im głębiej w las...Tak, na obiedzie było więcej drzew. Młode pędy, jeszcze krócej ucięte niż do nalewki, stworzyły niesamowitą przystawkę, gdy kucharz polał je miodem gryczanym.
Później na stole pojawiły się rydze, które gospodarz trzymał przez dwa lata w zamrażarce. Przed zamrożeniem zostały zalane masłem. Dzięki temu zupełnie nie sprawiały wrażenia suszonych, ale były jak gdyby przyniesione prosto z lasu, co w połowie suchego maja raczej się nie zdarza. Tuż przed podaniem rydze zostały posypane pietruszką.
Posiłek był wegetariański, więc nie było mowy o dziczyźnie. Polska kuchnia ma jednak do zaproponowania inne unikalne produkty. Jako główne danie podano kaszę gryczaną niepaloną. Pewnie nie jest tak smaczna jak palona. Warto jednak wiedzieć, że podczas palenia kasza traci 50 proc. witamin. A kasza gryczana jest bogata w węglowodany i białko. Dostarcza błonnika, magnezu, fosforu i witamin B1, B2, PP, C. Gospodarze i część gości byli zwolennikami diety makrobiotycznej, więc zalety kasz były ważnym tematem przy stole.
Jeden z gości przy stole wzdychał co danie, pytając gospodarza, kiedy wreszcie poda mięsa. Gospodarz nie miał takich planów, aż w końcu zgodnie uznaliśmy, że
warto jako polską kuchnię promować właśnie nie ciężką dziczyznę, ale wariacje z regionalnych, typowo polskich składników, podawane lekko, w niewielkich porcjach. Zdaliśmy sobie sprawę, że polska kuchnia może być bardzo zdrowa i bardzo fit, wymaga jednak kreatywnego podejścia. Bardzo jestem ciekaw, co zrobią z niej najlepsi kucharze Europy, którzy (jak już pisaliśmy) przyjadą na Suwalszczyznę pod koniec sierpnia, by gotować z regionalnych składników.
Nasz gospodarz podał tego dnia jeszcze: młodą polską kapustę, risotto z kawałkami chleba i anchois (ostra posypka świetnie kontrastowała z łagodnym ryżem) oraz ciastko orzechowe z taką też nalewką.
A ja namawiam wszystkich do eksperymentowania z polską kuchnią i do odkrywania kasz: gryczanej, jaglanej i jęczmiennej.
