Tekst Piotra Czerskiego "Dzieci Sieci" był jednym z najczęściej linkowanych i polecanych w sieci w ostatnim tygodniu. Przeczytałem go parę razy, w tym co napisał autor znajdując opis własnych zachowań, przyzwyczajeń, sposobów działania, i jednocześnie frapującą charakterystykę pokolenia.
REKLAMA
Mam 33 lata i w mediach pracuję od lat 14. Radio Eska, BBC, TVN24, Wydarzenia Polsatu, Wprost. "Stare media" powie ktoś lekceważąco. Ja powiem "media tradycyjne" i powiem to z szacunkiem. Stwierdzenie, że te media odchodzą do przeszłości, że nie będą się liczyć, wydaje mi się megalomanią. Wydarzenia Polsatu robią najlepsze wyniki w historii, TVN24 ma świetną oglądalność, dzień zaczynam od TOK FM i Kontrwywiadu Konrada Piaseckiego w RMF FM. Przyznaję, że na papier rzucam okiem coraz rzadziej. Nie tylko ze względu na e-prenumeratę, którą mamy w redakcji.
Wiem jednocześnie, że jako dziennikarzowi 2,5 roku Kampanii na żywo dało mi więcej niż wiele lat w innych tytułach. Wiem, że pulsujący, ekscytujący świat internetu wymaga więcej niż włożenia nogi, by zbadać temperaturę wody. Kampania na żywo była dla mnie włożeniem nogi. Teraz wchodzę w całości.
Kryzys doprowadza (pisze dziś o tym także Jacek Krawiec z Orlenu), do redefinicji wielu tematów i podejść. Ciężko jest pracować w mediach tradycyjnych i w pełni zrozumieć te nowe. Wchodzę więc w nowe, by uczyć się od ich użytkowników kim są i czym są.
Dziękuję wszystkim, którzy byli z Kampanią na żywo od grudnia 2009 roku. Dziękuję za komentarze, za informacje, za teksty. Kampania na żywo była miejscem łączącym grupę dziennikarzy. Jeszcze raz dziękuję im wszystkim. Teraz Kampania na żywo będzie moim blogiem z politycznymi analizami i newsami.
Rozmawiałem wczoraj z Piotrem Czerskim o dzieciach sieci. Wizja, którą przedstawia wydaje się utopijna. Ale tak jak napisał Michał Olszewski obok: "Na dobrą sprawę nic nie wiemy o przyszłości nowych i starych mediów - taki już jest los obserwatora tkwiącego wewnątrz zjawiska, które nieporadnie próbuje zrozumieć i opisać." W naTemat.pl będziemy nieporadnie (a czasem mamy nadzieję lepiej) opisywać tą rzeczywistość.
Napisał pan głośny tekst o "dzieciach sieci". Kim jest ta grupa?
Nazwałem tę grupę "pokoleniem", bo uznałem, że będzie to najbardziej nośne. Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do dyskusji generacyjnych. Ale jest to grupa bardzo niejednorodna. Nie wiem, czy potrafiłbym podać takie jej parametry, jak pochodzenie, zarobki, wykształcenie..
Wiek?
Są to ludzie raczej poniżej – lub nieco powyżej – 30 lat. Zdarzają się osoby starsze, które – przez to, że siedzą w sieci od kilkunastu lat – można zaliczyć do reprezentantów tego "pokolenia". To, co jest kluczowe, to pewien model komunikowania się. Niemożliwe jest oczywiście wpisanie wszystkich poniżej 30-stki w obręb „pokolenia” w opisanym przeze mnie kształcie, choć do wielu z nich opis odnosi się w jakiejś części.
Ale twierdzi pan, że mamy w Polsce podział.
Z jednej strony są ci, którzy nie zauważyli żadnej zmiany, ci którzy ją przeoczyli. Z drugiej strony jest grupa, o której piszę. Mój tekst przeczytało w Polsce już ponad 14000 osób. To jest część grupy, którą można nazwać digitariatem, czyli najważniejszą częścią społeczeństwa cyfrowego. Ci ludzie są świadomi, oni na różnych poziomach wyznaczają dyskursy, podejmowane potem przez innych. To jest nowa, kształtująca się elita. Być może nie ma ona jeszcze świadomości, że może coraz więcej. Ten rozpęd trzeba jej dać.
Czym dla tej elity są tradycyjne media?
Z prasą papierową i z programami telewizyjnymi jest tak, że jeszcze nikt nie zdążył powiedzieć, że król jest nagi. Ludzie kupują gazety, co ważniejsze materiały z nich stają się przyczynkami do dyskusji, natomiast bezpowrotnie zostało stracone to, co funkcjonowało przez bardzo wiele lat – że główne ośrodki opinii dawały sposób rozumienia świata i narzucały wzorce postępowania. A jeżeli nawet ktoś czuł, że ta narracja nie bardzo odpowiada jego oglądowi świata, to niekoniecznie miał wokół innych ludzi, z którymi mógł się w tym poczuciu utwierdzić. Dzisiaj jest tak, że te tematy narzucane przez media mogą być punktem wyjściem do dyskusji, natomiast istnieje bardzo wiele alternatywnych punktów widzenia. Jeżeli się śledzi na bieżąco reakcje w internecie na jakieś publicystyczne programy telewizyjne, to te reakcje są w większości bardzo zdystansowane. Ktoś sobie coś tam mówi, ale nikt nie przyjmuje tego na klęczkach. Raczej rozpatruje się to na poziomie meta, to znaczy: kto co próbuje ugrać. Istnieje rosnąca świadomość teatralności dyskursu, odczarowanie spektaklu.
Ile waży Gazeta Wyborcza, czy Fakty TVN dla tej grupy?
Jedno i drugie medium bardzo niewiele. Nie chcę dezawuować roli Faktów i Gazety dla szerokich rzesz klasy średniej, natomiast ci odbiorcy nie wydają mi się zdolni do kształtowania szerokiego dyskursu. To jest raczej kategoria, o której się mówi "komentatorzy z Onetu".
Kto, co, napędza dyskurs internetowy. Skoro nie Wyborcza, nie Rzeczpospolita, nie Fakty. Onet?
Wszystkie te media wrzucają tematy do rozważań. To jest nadal ich wyraźna przewaga. Alternatywny model newsowy dopiero się kształtuje. Do tego też dojdziemy. Nieszczególnie udaną próbą jest dziennikarstwo obywatelskie. Ono ma taki poziom, jaki ma, ale pokazuje że istnieje alternatywa, że da się na poziomie lokalnym przełamać monopol mediów tradycyjnych. Tradycyjne media podrzucają tematy, ale jednocześnie duże debaty odbywają się równolegle. Może jest to niefortunny przykład, ale spójrzmy jak w potężnej prawicowej blogosferze porusza się nieustannie temat Smoleńska, choć główne media zajmują się nim rzadziej. Równie zresztą potężna grupa blogerów lewicowych zajmuje się opisywaniem spraw, które do mainstreamu w ogóle się nie dostają. Na razie. Obie grupy są od siebie skrajnie odległe ideologicznie, ale istnieje pewien obszar, w którym mają zbieżne interesy. Wolność internetu albo transparentność procedur państwowych należą do tego obszaru.
Nie jest tak, że elita o której pan mówi jest zajęta ściąganiem filmów z chomika, albo oglądaniem Pudelka, a dyskusje jej nie interesują?
Te masy, które wyszły na ulice protestować przeciwko ACTA, rozpoznając je głównie jako zagrożenie dla Chomika, nie są elitą. Na fali protestów przeciwko ACTA doszło jednak do zacieśnienia więzów na przykład między ludźmi, którzy od dawna walczą o sprawę praw autorskich. Powstała choćby inicjatywa na Facebooku o nazwie "Przejmujemy państwo". Pierwszą rzeczą, którą się zajmuje, jest stworzenie listy witryn rządowych z oceną ich zawartości i kosztów utrzymania, żeby potem móc przedstawić rządowi konkretną informację: „Macie kilkaset witryn zamiast kilku, ale użytecznych dla obywatela”. Takich inicjatyw jest znacznie, znacznie więcej. Ten impuls po wygranej w sprawie ACTA sprawił, że większość poszła do domu, ale niektórzy zaangażowali się głębiej. To wystarczy. Nie wszyscy muszą angażować się codziennie.
Czy grupa, o której pan mówi czuje potrzebę potrzebę istnienia profesjonalnych dziennikarzy, pośredników?
W tych dyskusjach ze strony mediów często pada następujący argument: „Nie wszystko da się załatwić w dyskusjach internetowych, potrzebne jest np. dziennikarstwo śledcze. Gdyby nie ono, to nie mielibyśmy możliwości patrzenia na ręce władzy”. To jest oczywiście prawdziwy argument, ale prawdziwy tylko tu i teraz. To znaczy: jeśli uda się przebudować państwo tak, by było bardziej transparentne, to nie trzeba będzie tylu wyspecjalizowanych w pisaniu o jego strukturach dziennikarzy. Gdyby informacje publiczne były naprawdę publiczne i gdyby w dowolnym momencie człowiek, który ma ochotę pobawić się w Sherlocka Holmesa, mógł sobie wszystko sprawdzić, to polityczne dziennikarstwo śledcze przestałoby być tak potrzebne. Jeżeli coś można znaleźć to prędzej czy później ktoś to znajdzie.
Pan stawia tezę, że w idealnym modelu rola dziennikarza jest zbędna?
Nie wierzę w żadne idealne modele. dla mnie to jest raczej kierunek dążenia. Chciałbym żeby procedury państwa stały się bardziej transparentne. Wtedy przestanie istnieć konieczność utrzymywania elity dostępu do informacji, czyli wyspecjalizowanych dziennikarzy. Oni żyją z tego, że wiedzą lepiej, bo widzą coś, czego inni nie mogą zobaczyć. To nie jest tak, że ktoś rodzi się z takimi szczególnymi umiejętnościami. Gdyby ta rzeczywistość nie była tak szczelnie zapakowana, to obywatele mogliby samodzielnie sprawdzać, czy rzeczy zmierzają we właściwym kierunku.
W ostatnich dniach głośny był dyskurs między Gazetą Wyborczą a Pudelkiem. Które medium wyraża głos pokolenia?
Nie mam wątpliwości, że – nawet jeżeli narrację Pudelka można było wypunktować wskazując słabsze miejsca – to niewątpliwie stanowisko Pudelka oddawało stanowisko ogółu społeczności internetowej. Oczywiście polegało to w dużej mierze na fali emocji plemienno-wojennych. Pudelek bardzo dobrze wyczuł sytuację i ustawił się po właściwej stronie barykady.
Ta internetowa elita jest zainteresowana wchodzeniem w media, w politykę? Chce wejść do Sejmu?
Raczej nie. Osoby, które znam, jasno deklarują, że nie mają takich ambicji. Nie chodzi o to, żeby wchodzić w zastany układ. Chodzi o takie przebudowanie modelu, żeby nie tylko poseł miał realną możliwość wypowiedzenia swojego zdania i zostania wysłuchanym, jeżeli większość uzna je za słuszne. Chodzi o poluzowanie układu, rozkucie betonu.
Jaka jest dla Pana idealna demokracja?
Inna. Jeżeli poseł Migalski przyznaje w chwili szczerości, że 90% europosłów nie ma pojęcia o 90% aktów prawnych, nad którymi głosują, to znaczy, że potrzebujemy zmian.
