Jakiś podstępny "pisior" ukrył się w administracji Donalda Tuska. Zatruwa uszy nowego ministra spraw wewnętrznych, a do tego zajmuje miejsce, które mógłby objąć jakiś kompetentny platformers. Pisiora więc trzeba gonić, nie czekając ani na jego CV, ani nawet na decyzję jego przełożonego. To ostatnie zalecałoby chociaż dobre wychowanie i jakiś podstawowy porządek korporacyjny. W swoim państwie Tusk rządzi jednak ręcznie.
REKLAMA
Taka jest logika wojny. Donald Tusk nie miał pojęcia, kim jest Paweł Majcher. Nigdy o nim nie słyszał, nie wiedział, czy jest dobrym, czy nie dobrym szefem gabinetu politycznego ministra spraw wewnętrznych. Ale po donosie od lokalnych działaczy ze Śląska zapowiedział, że Majchera wyrzuci. A dokładniej, że jego intuicja mu mówi, że minister Sienkiewicz niedługo swojego dyrektora wyrzuci. Na jedno wychodzi.
Ta logika jest zupełnie oczywista. W państwie PO nie ma miejsca na żadnego "pisiora", a w państwie PiS nie będzie miejsca na żadnego platformersa. Nie twierdzę, że jest to logika sensowna. Jest głupia i szkodliwa. Ale tak to już jest i to nie od ostatnich wyborów, nie od Smoleńska, ani nie od wygranej PiS w 2005 roku. Tak było także wcześniej.
To myślenie mnie akurat nie dziwi. Dziwią mnie dwie inne rzeczy. Po pierwsze, czy Tusk naprawdę tak bardzo potrzebuje głosów z Dolnego Śląska, że a vista musi zapowiadać działaczom wyrzucenie jakiegoś dyrektora, o którym nawet nie słyszał? Gowin nie jest chyba aż tak groźny, a Schetyna aż tak silny. Przecież mógł Tusk im spokojnie powiedzieć, że wezwie ministra Sienkiewicza na poważną rozmowę i przepyta o tego "pisiora". No ale zapowiedział jego wyrzucenie. Słowo się rzekło. Od poniedziałku działacze i media będą sprawdzać, czy "pisior" już wyleciał. Tusk nie powinien niczego wprost obiecywać, bo...
I tu jest właśnie powód drugi. Wyrzucanie przez premiera dyrektora z gabinetu ministra jest dość złym przykładem ręcznego zarządzania. Kto będzie chciał pracować w rządzie, w którym premier decyduje o dyrektorze gabinetu i wyrzuca go, bo podobno, zdaniem jakiś działaczy, ten dyrektor jest "pisiorem". Nie wiem, co na to wszystko minister Sienkiewicz, ale domyślam się, że nie czuje się dobrze słysząc, że premier za jego plecami ogłosił wyrzucenie jego pracownika. Nawet nie pytając ministra, czy ten pracownik jest zły i dobry. Minister ma robić dobrą robotę dla szefa rządu, ale każdy minister ślubuje na konstytucję przed prezydentem. Ma więc nie tylko szefa rządu za swojego szefa. Czy gdyby jacyś działacze przyszli do Tuska i powiedzieli, że w jakimś urzędzie za zakup spinaczy odpowiada osoba z niewłaściwym życiorysem, to Tusk też by ją ręcznie wyrzucał? Obłęd.
Pana Majechera nie znam, CV jego nie czytałem. Zastanawiam się, czy minister Sienkiewicz (którego pozycja w rządzie skądinąd dotąd ładnie rosła) napisze w sprawie tego dyrektora tak ładny publiczny list, jak w sprawie słynnego 21 latka w MSW. Byłby to publiczny list do Donalda Tuska, bo tym razem to on, a nie media, czepia się kolejnego podwładnego Sienkiewicza.
Niech nikt nie ma złudzeń - w 2015 roku, jeśli PiS wygra wybory, wszystkich platformersów znajdzie i wyrzuci ze wszystkich urzędów i spółek dzień po objęciu władzy. W ostatnich tygodniach z dużą regularnością na różnych spotkaniach słyszę ten sam żart: Stadion Narodowy będzie jesienią'15 największym w Polsce ośrodkiem internowania.
