Od kilku lat to przeczuwałem, ale nie potrafiłem tego nazwać. Coś mi nie pasowało w tym wybuchu patriotyzmu. Tego lata wreszcie zrozumiałem. Ktoś mi kradnie dziadka! Po trochu zawłaszcza sobie jego i jego historię. Nie ma znaczenia, że przeinacza fakty, nagina do aktualnych potrzeb politycznych. Tym gorzej dla faktów. Ale zacznijmy od początku.

REKLAMA
Moja rodzina żyje w Warszawie od pokoleń. Ani to powód do chwały, ani do wstydu. Po prostu – takie korzenie. Nie mam w swej historii mitu „raju utraconego” np. na Kresach. Spaceruję po miejscach, po których spacerowali moi dziadkowie, pradziadkowie… No prawie. Zostały te same współrzędne geograficzne, trochę budynków i mniej więcej siatka ulic.
Jeden dziadek i babcia zginęli w rzezi Woli. Dosyć szybko po rozpoczęciu powstania osierocili mojego ojca. Walczyli może tydzień. Druga para dziadków wyszła ze zburzonej Warszawy w połowie października. Do końca nie wierzyli w to co się stało – choć babcia była naocznym świadkiem kapitulacji powstania (ale to materiał na inną historię). Spali i ukrywali się w katakumbach na Cmentarzu Wolskim tak długo jak się dało. Wypędził ich głód i zimna jesień. Wychodzili z ruin swojej młodości. Nie, nie byli wielkimi bohaterami. Babcia zawsze opowiadała o Powstaniu Warszawskim ze trochę tak jak się opowiada historie o szaleństwach młodości. O miłości wśród gruzów, o pracy w szpitalu polowym. To była przygoda jej życia. Wybrzmiewała ta sama radosna nuta, którą słychać choćby w „Pałacyku Michla”. Dla niej był to zryw zwykłych ludzi. Bez patosu, bez nadęcia, za to z nadzieją. I tragicznym rozczarowaniem na koniec.
1-go sierpnia tego roku byłem o „Godzinie W” pod PASTĄ. Spotkałem Sebastiana, też Warszawiaka. Dla obu nas jest to święto bardzo intymne. Dorośli mężczyźni zatrzymani w środku miasta ze łzami w oczach. 68 lat później. Bez patosu, bez nadęcia, bez afiszowania się przyszliśmy spotkać duchy naszych przodków. I choć dzieli nas pewien spór ideologiczny – tego dnia byliśmy razem. Jak nigdy dotąd. Wieczorem czułem już bezsilną wściekłość. Bo właśnie ktoś kradł mi dziadka.
Banda kanalii wciągała nieżyjących Powstańców w swe doraźne wojenki, politykierstwo. Na żyjących gwizdała i buczała. Gęby mieli wypełnione frazesami, a patriotyzm wydrukowany na koszulkach. Swej chorej wizji historiozoficznej nie byli w stanie okiełznać swoich demonów. Z uroczystości ku czci 200 tysięcy poległych uczynili sobie teatrzyk swoich haniebnych przedstawień. Bez cienia wstydu, bez zażenowania kradli tragiczne historie milionów rodzin, których losy wykrzywiła Powstańcza zawierucha.
Jeśli tak się zdarzyło, że ten tekst przeczytał ktoś z tych gnojów, którzy buczeli na Powązkach lub na Kopcu, którzy wygrażali dzieciom na „Turnieju Małego Powstańca” – to chcę żebyś wiedział, że teraz piszę do Ciebie. NIE UKRADNIESZ MI DZIADKA! Możesz wyć i skandować sobie jakieś hasełka, których znaczenia – zaręczam Ci – nie rozumiesz. Ze specjalną dedykacją – Stanisław Grzesiuk:
Więc znakiem tego
nie bądź lebiegą
Pohamuj buzię
I już nie mów więcej nic!