Coś się zmienia. Ostatni szum medialny wokół rodziny Bajkowskich często zawierał przekaz o "społecznym rozczarowaniu" psychologami, do których przychodzi rodzina i... ci podają ją do sądu. Wzbudzało to agresję ze strony wielu obywateli i oburzenie. Jak to? Nie tak sobie wyobrażam pomoc. W takim razie walcie się wszyscy. Kolegom też powiem, żeby nie chodzili do psychologów, bo im dzieci zabiorą.
REKLAMA
Kończyłem studia psychologiczne kilkanaście lat temu. Właśnie dobiegał końca etap społecznego lęku przed psychologiem. Jeden z profesorów mawiał, że pod koniec komuny wsiadał do pociągu i jak nie chciało mu się prowadzić rozmów przedziałowych, wystarczyło, że przyznał się do swojego zawodu. Wtedy nikt nie chciał z nim konwersować.
W połowie lat dziewięćdziesiątych proces odwrócił się o 180 stopni. Po słowie "psycholog" pojawiało się: aaa, to się dobrze składa, bo moja córka... Profesor przestał się przyznawać. W czasie imprez towarzyskich "muszę się pilnować, bo mnie rozgryziesz" zostało zastąpione "tak? to powiedz mi coś ciekawego o mnie" Strach zastąpiła ciekawość, ale też oczekiwanie, że psycholog w każdym momencie swojego istnienia ma być gotowy do pomagania. Bo dowiadując się o tym, że ktoś jest stolarzem w trakcie rozmowy przedziałowej, rzadko kiedy prosimy o to, by zrobić nam stół przed dojazdem do Warszawy Centralnej. A psycholog miał obowiązek słuchać.
Nie wiem, czy jest jakaś inna profesja, której adepci w tym momencie występują równie często w mediach, odpowiadając na zadane premierowi pytanie: "Jak żyć?". To nowość w ostatnich kilku latach. Nie sam fakt występowania w roli ekspertów, ale częstotliwość i rozpiętość tematów: od wpływu zimy na psychikę i psychiki na zimę, poprzez skutki częstej jazdy samochodem, po sposób na dobre relacje z teściową. Ja sam często wypowiadam się na tematy związane ze szkołą - w końcu mądry jestem i tą mądrością chcę się dzielić. Tyle, że w całości daje to wrażenie, że znamy odpowiedź na każde pytanie. A wiedza: "jak żyć" może dawać władzę płynącą z bycia mądrzejszym od innych - przynajmniej dla części ludzi może to tak wyglądać.
W naszym społeczeństwie mamy jeden z najwyższych w Europie "dystansów władzy" czyli postrzegania osób sprawujących rządy jako odległych, obcych, budzących lęk, wrogość. Zarówno rządzący, jak i rządzeni od wielu lat wpisują się w ten sam scenariusz. Nikomu z władców nie przyjdzie do głowy jechać autobusem komunikacji miejskiej do pracy (poza wyjątkami), a z drugiej strony poszukujemy władców typu Tusk czy Kaczyński. Dlatego ustawiając się w tej linii (lub dając się ustawiać) bierzemy na siebie część odpowiedzialności za osłabienie naturalnego zaufania do naszej profesji.
Z drugiej strony - warto też urealniać społeczne oczekiwania odnośnie tego, jak ma wyglądać "pomaganie". Może dwa słowa w tej kwestii. Psycholog kończący studia to nie jest osoba do pomagania. A przynajmniej nie od razu. W polskim (i nie tylko) systemie edukacji osoba naszej profesji to człowiek, który coś więcej wie na temat tego, jak funkcjonują ludzie. Ta wiedza może być używana w różnym celu: do pomagania innym, wpływania na ludzi, badania etc. Do pracy z ludźmi potrzebne jest zdobycie dodatkowego wykształcenia, na przykład jako terapeuta, psycholog szkolny czy pracujący w reklamie. Terapeutą może być zresztą i "niepsycholog"
W kontekście Bajkowskich emocje budziło to, że psycholodzy "nie pomogli, tylko złożyli sprawę do sądu". Jak rozumiem, ta pomoc miała polegać na wysłuchaniu rodziny, wsparciu emocjonalnym i powiedzeniu czegoś takiego, co miałoby uzdrowić rodzinę. Przecież sama przyszła, więc na pewno chciała, żeby jej pomóc.
Tacy mądrzy, to my nie jesteśmy. I pomoc nie działa w ten sposób. Aby możliwa była pomoc komukolwiek, potrzebna jest także motywacja tej osoby (osób) do tego, by im pomóc. Nie zrobić coś za kogoś, a towarzyszyć w zmianie, którą taka osoba ma dokonać sama. Nie pomajstrować przy kimś jak przy zepsutej rurze w kanalizacji, a dostarczyć narzędzia, wiedzę jak to zrobić, wsparcie gdy nie idzie. Czasem także pomóc zrozumieć, że trzeba naprawić inną rurę niż tą, którą się na początku podejrzewa o przeciekanie. Tylko tyle i aż tyle. Samo przyjście do psychologa nie oznacza jeszcze, że się chce, czy jest gotowym się zmieniać.
Czasami, w żartach, mówi się, że kiedyś byli księżą, teraz są psycholodzy. To trochę prawda i nieprawda naraz (jeśli idzie o funkcję). Podobieństwo jest w słuchaniu (jeśli akurat na tym polega praca tego konkretnego psychologa). Tyle, że tajemnica "spowiedzi" jest nieco inna. W sytuacji, gdy psycholog dowiaduje się, że jest zagrożone czyjeś życie, zdrowie ma obowiązek powiadamiać o tym sądy lub policje. Ksiądz rozstrzyga w sprawach zbawienia, więc nie musi o tym mówić nikomu.
My musimy. Tak nakazuje prawo i zwykła troska o człowieka. Bo terapeuta nie ma mocy sprawczej, władzy nad osobą w kontakcie. Taką mają do tego powołane instytucje. Zwłaszcza, jeśli dowiaduje się o tym, że ktoś krzywdzi swoje dzieci, a ta osoba czyni za to odpowiedzialnym wszystkich, tylko nie samego siebie. Tak na prawdę nie ma motywacji do zmiany. U psychologa szuka potwierdzenia swoich racji, a nie pomocy. Pomoc polega wówczas na działaniach z pozycji siły. A tej - psycholog nie ma (wbrew pozorom).
Mam wrażenie, że kończy się kolejny etap w podejściu do "psychologa". Od strachu wynikającego ze spotkania jakiegoś dziwactwa, poprzez zaciekawienie powiązane z nieco utylitarnym podejściem, dochodzimy do czegoś nowego. Jakiejś mieszanki fascynacji, lęku, wrogości, rozczarowania, ale też adekwatności oczekiwań. Wydaje mi się, że podpadliśmy "obrońcom prawdziwej rodziny", którym nikt nie będzie mówił, jak wychowywać swoje dzieci. Widać to po reakcjach na różnych frondach. Cuś tam drzemie, warczy i jeszcze nie raz pewnie pokaże kły.
