Nasz system edukacji wymaga zmiany. Straszny to truizm. Nie chodzi mi jednak o dodanie tego czy innego przedmiotu, szczebla edukacji, zmiany sposobu egzaminowania. Twierdzę, że całość jest bez sensu. A raczej podstawa, na której się opiera.
REKLAMA
W pracy, w czasie uczenia się, robimy czasem rzeczy bez sensu. Wypełniamy bezsensowną tabelkę, która nic merytorycznego nie wnosi, a jest czyimś „dupochronem”. Piszemy sprawozdanie, którego nikt nie przeczyta. Ba, weźmiemy pieniądze za usługę, której nikt nie potrzebuje. Każda z tych czynności „ładuje współczynnik bezsensowności”. Im on wyższy, tym większa frustracja z wykonywanej pracy. Po przekroczeniu jego progowych wartości, czasem podejmujemy decyzję o zmianie pracy. Jeśli mamy szczęście i znajdujemy coś lepszego, czujemy, jakby spadł nam ciężar z ramion.
W szkole, począwszy od czwartej klasy, jesteśmy w sytuacji wręcz beznadziejnej. Nie ma opcji „inna szkoła”, gdyż niezależnie od tego, gdzie byśmy trafili, współczynnik bezsensowności jest mniej więcej na stałym poziomie.
Związany jest z podstawowym celem istnienia polskiej szkoły: wyuczeniem faktów, które określone są w podstawie programowej. Około 9 lat swojej edukacji uczniowie robią rzecz całkowicie bezsensowną z ich punktu widzenia. Uczą się rzeczy, które w ich świecie załatwia dowolna przeglądarka internetowa i wikipedia, do której mają dostęp za pomocą swojej komórki. I zadają pytania: po cholerę mam się tego uczyć? No właśnie – po cholerę?
Zadają to pytanie rodzicom, nauczycielom. I nie dostają sensownego wytłumaczenia. Bo go nie ma. Frustracja, która wówczas się pojawia, znajduje swoje ujście między innymi w agresji, tak obecnej w polskich (i nie tylko) szkołach.
Cała nasz system musi sobie poradzić sam ze sobą . Odpowiedzieć na pytanie: po co istnieje w czasach, gdy wiedza (przynajmniej na poziomie szkolnym) jest dostępna w ciągu kilku sekund, a ilość informacji potrzebnych do samodzielnego przeżycia przez miesiąc setki razy przekracza tę, której potrzebowali nasi dziadkowie.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Bo jeśli nie uczyć faktów, to czego? Jak oddziaływać na młodych ludzi inaczej niż z pozycji „mądrzejszego”, którą dostęp do przysłowiowej wikipedii całkowicie neguje, bo jest coraz bardziej egalitarny? Czy nauczać, czy stwarzać okazję do nauczenia się? Co i czy oceniać? Jak uczyć, gdy nie mamy poczucia, że jesteśmy w czymś lepsi, a co najwyżej bardziej doświadczeni. Jak egzekwować swoją władzę? Czy w ogóle ją mieć, czy zostawić wszystko rodzicom. A może podzielić się nią z uczniami?
Podstawowym pytaniem jest jednak – po co w ogóle jest szkoła? Po co może być? Rośnie w siłę nurt edukacji domowej, która odpowiada na to pytanie: po nic. Nic mojego dziecka nie spotka dobrego, a jest duża szansa na traumę.
To podejście może spowodować innego rodzaju krzywdę dzieciom: jeszcze bardziej ograniczyć im szansę do uczenia się relacji społecznych, powodować, że dzieci będą jeszcze bardziej zależne od swoich rodziców. Nie da się jednak odmówić słuszności krytyki współczesnej edukacji płynącej z tych środowisk.
Co by zostało, gdybyśmy zabrali z programu edukacji naukę faktów? Niewiele. Dlatego zachęcam Państwa do eksperymentu twórczego. Pofantazjujmy sobie jakby to mogło wyglądać to coś nowego, co by miało zawierać.
Wydaje mi się, że adekwatny mógłby tu być język marzeń. W moim przypadku chciałbym, żeby nadrzędnymi wartościami, które szkoła miała by w sposób bardzo praktyczny ćwiczyć było: demokratyczne współdecydowanie o losie własnym i społeczności, w której żyjemy. Branie odpowiedzialności za własne losy i działania, szanowanie godności drugiego człowieka. Wspieranie współpracy międzyludzkiej. Praktyczne korzystanie z wiedzy i kultury.
W takiej szkole zajęcia byłyby organizowane nie wokół „przedmiotu” – dziedziny wiedzy, a raczej umiejętności, którą rozwijają: współpracy w zespole, realizacji projektów, posługiwania się wiedzą z różnych dziedzin. Decyzje w niej podejmowane by były demokratycznie – na wszystkich poziomach. Uczniowie mieliby wybór odnośnie zajęć, w których chcą uczestniczyć, przy czym nie byliby zostawieni w tym wyborze samym sobie. Nauczyciele nie mieliby nauczać, tylko towarzyszyć w rozwoju, z założeniem, że życie społeczne tak się komplikuje i szybko zmienia, że jest bardzo prawdopodobne, że ich uczniowie w niektórych dziedzinach życia będą szybko w stanie osiągnąć wyższy poziom eksperctwa. Byliby bardziej stabilnymi dorosłymi, specjalistami od zmieniania człowieka niż matematykami czy fizykami.
A co Wam się marzy?
W szkole, począwszy od czwartej klasy, jesteśmy w sytuacji wręcz beznadziejnej. Nie ma opcji „inna szkoła”, gdyż niezależnie od tego, gdzie byśmy trafili, współczynnik bezsensowności jest mniej więcej na stałym poziomie.
Związany jest z podstawowym celem istnienia polskiej szkoły: wyuczeniem faktów, które określone są w podstawie programowej. Około 9 lat swojej edukacji uczniowie robią rzecz całkowicie bezsensowną z ich punktu widzenia. Uczą się rzeczy, które w ich świecie załatwia dowolna przeglądarka internetowa i wikipedia, do której mają dostęp za pomocą swojej komórki. I zadają pytania: po cholerę mam się tego uczyć? No właśnie – po cholerę?
Zadają to pytanie rodzicom, nauczycielom. I nie dostają sensownego wytłumaczenia. Bo go nie ma. Frustracja, która wówczas się pojawia, znajduje swoje ujście między innymi w agresji, tak obecnej w polskich (i nie tylko) szkołach.
Cała nasz system musi sobie poradzić sam ze sobą . Odpowiedzieć na pytanie: po co istnieje w czasach, gdy wiedza (przynajmniej na poziomie szkolnym) jest dostępna w ciągu kilku sekund, a ilość informacji potrzebnych do samodzielnego przeżycia przez miesiąc setki razy przekracza tę, której potrzebowali nasi dziadkowie.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Bo jeśli nie uczyć faktów, to czego? Jak oddziaływać na młodych ludzi inaczej niż z pozycji „mądrzejszego”, którą dostęp do przysłowiowej wikipedii całkowicie neguje, bo jest coraz bardziej egalitarny? Czy nauczać, czy stwarzać okazję do nauczenia się? Co i czy oceniać? Jak uczyć, gdy nie mamy poczucia, że jesteśmy w czymś lepsi, a co najwyżej bardziej doświadczeni. Jak egzekwować swoją władzę? Czy w ogóle ją mieć, czy zostawić wszystko rodzicom. A może podzielić się nią z uczniami?
Podstawowym pytaniem jest jednak – po co w ogóle jest szkoła? Po co może być? Rośnie w siłę nurt edukacji domowej, która odpowiada na to pytanie: po nic. Nic mojego dziecka nie spotka dobrego, a jest duża szansa na traumę.
To podejście może spowodować innego rodzaju krzywdę dzieciom: jeszcze bardziej ograniczyć im szansę do uczenia się relacji społecznych, powodować, że dzieci będą jeszcze bardziej zależne od swoich rodziców. Nie da się jednak odmówić słuszności krytyki współczesnej edukacji płynącej z tych środowisk.
Co by zostało, gdybyśmy zabrali z programu edukacji naukę faktów? Niewiele. Dlatego zachęcam Państwa do eksperymentu twórczego. Pofantazjujmy sobie jakby to mogło wyglądać to coś nowego, co by miało zawierać.
Wydaje mi się, że adekwatny mógłby tu być język marzeń. W moim przypadku chciałbym, żeby nadrzędnymi wartościami, które szkoła miała by w sposób bardzo praktyczny ćwiczyć było: demokratyczne współdecydowanie o losie własnym i społeczności, w której żyjemy. Branie odpowiedzialności za własne losy i działania, szanowanie godności drugiego człowieka. Wspieranie współpracy międzyludzkiej. Praktyczne korzystanie z wiedzy i kultury.
W takiej szkole zajęcia byłyby organizowane nie wokół „przedmiotu” – dziedziny wiedzy, a raczej umiejętności, którą rozwijają: współpracy w zespole, realizacji projektów, posługiwania się wiedzą z różnych dziedzin. Decyzje w niej podejmowane by były demokratycznie – na wszystkich poziomach. Uczniowie mieliby wybór odnośnie zajęć, w których chcą uczestniczyć, przy czym nie byliby zostawieni w tym wyborze samym sobie. Nauczyciele nie mieliby nauczać, tylko towarzyszyć w rozwoju, z założeniem, że życie społeczne tak się komplikuje i szybko zmienia, że jest bardzo prawdopodobne, że ich uczniowie w niektórych dziedzinach życia będą szybko w stanie osiągnąć wyższy poziom eksperctwa. Byliby bardziej stabilnymi dorosłymi, specjalistami od zmieniania człowieka niż matematykami czy fizykami.
A co Wam się marzy?
