W "prolegalizacyjnej" narracji o marihuanie miesza się sporo manipulacji z argumentami, które rzeczywiście karzą się zastanowić nad polityką naszego państwa wobec środków zmieniających świadomość w ogóle. Ponadto, trudno znaleźć jakieś wyważone głosy. W dyskusji dominuje albo uwielbienie i prozelityzm, albo potępienie i głosy płynące z lęku, podpierane papką wyższości moralnej. Temat budzi emocje, a przydałoby się zastanowić się głębiej: quo vadis Rzeczpospolito?

REKLAMA
Mój sąsiad z NaTemat - Jakub Noch swoim tekstem, wywołał komentarze właśnie z tych dwóch obszarów. Przytaczając argumenty z dyskusji, oberwał przeważnie "mocno krytycznymi", choć nie tylko, opiniami.
Myślę, że dużo emocji, poza samym tematem, wynika ze sposobu opisywania skutków sięgania po marihuanę w kategoriach "totalnych", zresztą po obu stronach trawiastej barykady. Zyski będą "gigantyczne", uzależnienie "niszczące", z drugiej strony "mniej szkodliwa niż piwo".
Takie nagromadzenie przekazów emocjonalnych nie ułatwia dyskusji o rzeczywistej skali problemu, bo przecież między miłością a nienawiścią do tej używki musi coś być. Z drugiej strony pokazuje jak "gorący", przynajmniej dla niektórych, jest to temat.
Całkowicie zgadzam się z Jakubem, jeśli idzie co najmniej o dwa argumenty używane przez zwolenników legalizacji. Pierwszy dotyczy "leczniczości" marihuany, zwłaszcza w odniesieniu do raka czy alzheimera. To prawda, że te substancje mogą pomóc cierpiącym na te choroby. Nie oznacza to jednak, że po pierwsze, nawet użyte jako leki - nie mają skutków ubocznych, a po drugie, że to oznacza, że generalnie dobrze wpływają na zdrowie. Prawie wszystkie leki zwalczające inne choroby niż przeziębienie są na recepty, gdyż nieodpowiednie ich stosowanie może mieć opłakane skutki. Można przedawkować, można być uczulonym, skutki uboczne mogą być bardzo duże, nawet jeśli w jakimś zakresie poprawiają funkcjonowanie organizmu. Leki nie są obojętne dla zdrowia. Dlatego powinniśmy ich używać w czasie choroby, a nie na co dzień.
Drugi, prawdę mówiąc dosyć irytujący mnie, argument dotyczy porównywania marihuany z innymi używkami, na przykład alkoholem, papierosami - że jest mniej szkodliwa, więc można jej używać do woli. Po pierwsze, to zależy dla kogo, po drugie przy jak częstym stosowaniu, po trzecie po jakim czasie, po czwarte w jakich dawkach? A po kolejne, to nawet gdyby była mniej szkodliwa, to nie znaczy, że nie szkodzi. Nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek musi sobie czymś szkodzić i że trawa to "mniejsze zło".
Porównywanie skutków sięgania po marihuanę z piwem ma jednak jeszcze inny wymiar - odnosi się do dosyć obłudnej polityki naszego (i większości innych) państwa, które sięganie po część używek wprawdzie nazywa złem (papierosy, alkohol), ale w praktyce dopuszcza i solidnie na tym zarabia. Inne - ściga z całą mocą wszystkich instytucji (dopalacze). Można się zastanawiać nad symbolicznym znaczeniem sięgania po narkotyki - substancje nielegalne i na przykład alkoholu, którego zakup nie wiąże się z popełnianiem przestępstwa (jeśli się ma osiemnaście lat). Z punktu widzenia pomagania osobom sięgającym po różne formy szkodzenia sobie ma znaczenie, jak interpretuje ten akt osoba używająca i jej środowisko. Łamanie prawa zwykle świadczy o tym, że kłopoty, które do tego prowadzą, są większe. Jeśli jednak idzie o politykę państwa, to może poza jakimiś argumentami kulturowo - historycznymi, nie da się wytłumaczyć, dlaczego państwo jedne formy szkodzenia sobie aprobuje, inne nie. I to boli trawiarzy, zresztą według mnie słusznie. Rodzi zresztą dalsze pytania o skuteczność "prohibicyjnej" polityki narkotykowej w Polsce i na świecie - jej wpływu na spożycie środków, skuteczność profilaktyki, koszta. Bardzo wybiórczo podchodząc do tematu: w tym momencie na przykład kupowanie marihuany bardzo przypomina nabywanie bimbru. Można trafić na towar, który nie narobi zniszczeń większych niż zwykle marihuana, a można kupić zioło tak "podkręcone" różnymi substancjami, że ślepnięcie po metylu przy tym to bardzo lekka niedogodność.
Już raz o tym pisałem, ale bardzo zaimponowali mi Portugalczycy, którzy traktują narkotyki jako coś szkodliwego - nielegalnego, ale nie wsadzają za to ludzi za kraty. Starają się pomóc używającym, a nie ich piętnować, resocjalizować, penalizować. Odbyli przy tym bardzo odważną dyskusję społeczną, która rodziła wiele kontrowersji. Zdaje się, że ich podejście zaczyna przynosić efekty.
Polski system zapobiegania negatywnym skutkom sięgania po narkotyki jest bardzo czarno - biały. Nie sięgasz - jesteś OK, sięgasz - jesteś przestępcą. Nie ma specjalnie różnicy - co się dzieje u Ciebie w życiu, od jak dawna to robisz, czy chcesz, czy nie - przestać. Jakie to negatywne konsekwencje wywołuje u ciebie i twoich najbliższych. Patrzy się na używanie z perspektywy samego aktu, w oderwaniu od samego człowieka.
Pogadajmy wreszcie o tym, ile pieniędzy wydajemy na zapobieganie i leczenie narkomanii. O tym, jakie skutki to przynosi. O mentalności decydentów w ministerstwach i samorządach, którym dalej się wydaje, że najlepszym sposobem zapobiegania narkomanii jest plakat w szkole, pogadanka, albo teatr profilaktyczny z udziałem "świadka". O tym kiedy i jakie sięganie po używki szkodzi. O tym jak kształtować dorosłe postawy wobec używek w ogóle, które nie wiążą się ani z lękiem, ani z przekonaniem o nieszkodliwości.