To największa afera finansowa Rosji XXI wieku: Zimowa Olimpiada Soczi 2014, która miała się stać perłą prezydentury Władimira Putina, może stać się jego największą kompromitacją. Koszt Igrzysk, obliczany pierwotnie na 12 mld USD już przekroczył sumę 50 mld. Rachunek wciąż jest otwarty.
REKLAMA
Pierwszy do „odstrzału“ – Achmed Biłałow, wiceprezydent Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, szef zarządu kompanii „Kurorty Północnego Kaukazu“ i prezydent Stowarzyszenia Golfa Rosji. Nie wywiązał się z wziętych na siebie zobowiązań i praktycznie zerwał plany budowy skoczni narciarskich „Rosyjskie Górki“ w Soczi. Jego udziałem stały się też opóźnienia przy budowie innych obiektów olimpijskich. Gdy prezydent Putin, okiem troskliwego gospodarza, doglądał soczińskich budów, jego doradcy ze wstydem przynawali: towarzysza Biłałowa kredytuje państwowy Sbierbank. Szef banku, Herman Gref, próbuje zniknąć w tłumie, jednak Putin jest czujny – „- Chodzcie no tutaj, Gref !“ nakazuje, i bankier musi tłumaczyć się z zasadności wydzielanych kredytów.
Wydawałoby się, że podobne nadużycia powinny zgubić karierę niejednego urzędnika, zaangażowanego w budowę olimpiskich obiektów w Sochi. Wszędzie, ale nie w Rosji: Władimir Putin wie, że na miejsce jednych przyjdą natychmiast inni, równie zainteresowani dzieleniem olimpijskiego tortu. Biłałowa prezydent jednak poświęcił – liczy się wizerunek dobrego gospodarza. I co z tego, że – jak się nagle okazało – poświęcił Biłałowa, ale nie tego co trzeba ...? Powinien był usunąć Magomeda, usunął Achmeda, jego kuzyna. „Jeden czort“ – mówią doradcy rosyjskiego przywódcy i w sumie nie bardzo mijają się z prawdą. Niesmak jednak pozostał.
Podczas zakończonych inspekcji w Soczi wyszło na jaw, że spośród 350 obiektów olimpijskich, co 7-my pozostaje w stanie surowym. Podwykonawcy zapewniają, że wszystko będzie zrobione na czas, sytuacja do bólu przypomina jednak tę z Dalekiego Wschodu Rosji: tam też do ostatniej niemal chwili trwały przygotowania do wielkiego szczytu APEC 2012 we Władywostoku. Budowę wszystkich obiektów (w tym potężnych mostów, łączących kontynent z Wyspą Rosyjską, na której odbywał się szczyt) osobiście nadzorował Władimir Putin, traktując to jako swego rodzaju próbę generalną przed Olimpiadą w Soczi. Rozmach, bogactwo i fantazja organizatorów zrobiły należyte wrażenie na gościach szczytu. Zwycięstwo Putina było Pyrrusowe: szczyt odbył się wprawdzie bez większych wpadek organizacyjnych, jednak tuż po jego zakończeniu zaczęły się problemy. Obydwa mosty, miesiąc po głośnym oddaniu ich do użytku, po cichu zostały zamknięte z powodu niezbędnego remontu. Niemal natychmiast zaczęły sypać się tynki z głownych obiektów konferencyjnych a na drogach, po pierwszych przymrozkach, powstały gigantyczne dziury w asfalcie. Prace budowlane ruszyły więc na nowo. Tym razem jednak już nie w świetle jupiterów, lecz po cichu i jakby wstydliwie. Trudno się dziwić.
Wiele wskazuje na to, że – zgodnie zresztą z ponurymi prognozami niezależnych ekspertów – w Soczi będzie podobnie. Obiekty zostaną oddane na czas a tysiące kibiców i sportowców przekonają się, że Rosjanin potrafi. Co będzie póżniej, lepiej nie myśleć. Wiadomo, że przy sumach rzędu miliardów dolarów, na których dzisiaj można „położyć łapę”, nikt nie będzie myślał o przyszłych konsekwencjach. „Lewe” materiały budowlane, wprowadzane kosztem bezpieczeństwa oszczędności, pośpiech i związana z nim niedokładność podwykonawców, spowodowane możliwym gniewem Kremla – wszystko to powoduje, że najmniejsza nawet lawina lub jakże częste w okolicach Soczi i Krasnej Polany osunięcia gruntu mogą się skończyć dla Olimpiady katastrofą. Wówczas nikt nie będzie interesował się, kto konkretnie odpowiadał za budowę tego czy innego obiektu: Biłałow, Magomedow czy inny Potanin – za wszystko i wszystkich odpowie rosyjski przywódca, Władimir Putin. Dlatego tak dokładnie kontroluje place budowy, dlatego stara się o utrwalenie wizerunku surowego ale sprawiedliwego władcy.
Jeżeli Olimpiada i związana z nią od razu Paraolimpiada zakończą się sukcesem, potem niech się dzieje, co chce. Krasnodarskiego Kraju i tak nie będzie stać na utrzymanie wartych miliardy dolarów i tak naprawdę nikomu tam nie potrzebnych obiektów. Odbywające się sporadycznie zawody sportowe lokalnego znaczenia czy ligowe mecze hokejowe czy nawet międzynarodowe turnieje skoków narciarskich, nie utrzymają olimpijskiej wioski. Urzędnicy, odpowiedzialni za jej budowę, dobrze o tym wiedzą – tym bardziej więc czują się bezkarni a zarazem usprawiedliwieni: państwo i tak dosłownie wyrzuca miliardy w błoto, wystarcza się więc pochylić, aby je mieć… O prawo taplania się w tym błocie korupcji i złodziejstwa zażarta walka trwała od dawna. Z jednej strony o państwową kasę walczyli poszczególni politycy kremlowskich klanów byłego wicepremiera Igora Sieczyna (obecnie prezydent państwowej spółki naftowej „Rosnieft”) oraz obecnego wicepremiera, Arkadija Dworkowicza. Z drugiej drugiej: wojnę o praktycznie nieograniczone środki finansowe z budżetu państwa prowadzili między sobą rosyjscy mafiozi. Niedawne zabójstwo w Moskwie ojca chrzestnego mafii, Asłana Usojana (Wujek Hasan) to między innymi jeden z elementów tej wojny (odsyłam do artykułu na ten temat w numerze 6/2013 tygodnika „Wprost”).
Dzisiaj jednak wszystko to dla prezydenta Putina zdaje się nie mieć znaczenia: najważniejsze, by przygotowania zakończyły się na czas, nawet jeśli przyszłoby malować śnieg. Olimpiada musi się udać ! – a potem: nawet potop.
