Rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych mieści się przy...Placu Smoleńskim. –żaden polski dziennikarz nie wpadł na to w ferworze odkrywczych prawd i przeinaczeń nt. Katastrofy. Po dłuższej nieobecności w Moskwie jechałem metrem, gdy obwieszczenie: „Następna stacja: Smoleńska“ trafiło mnie jak obuchem. Podniosłem wzrok znad „szpiegowsko-ubeckiej“ książki Vincenta Siewierskiego, i mimo woli pomyślałem o globalnym spisku służb specjalnych.
REKLAMA
2-tygodniowy pobyt poza granicami Rosji był potrzebny i uwolnił mnie od paranoi schematów. Oprócz tego po pewnym czasie przestajemy dostrzegać to, co tzw. europejczyka szokuje a dla nas, zasiedziałych albo wręcz: zaśniedziałych tutaj, jest elementem rzeczywistości, której musimy na codzień stawiać czoła aby normalnie funkcjonować. Chociaż, jak się okazuje, nie zawsze jest to takie proste. Tym razem polska i niemiecka szkoła podróżnicza wiele jednak dały. Dlatego w rocznicowy czas ani słowa więcej o naszej traumie narodowej. Katastrofy przerywają życie, ktoś nie osiąga późnej starości. Banał. Podobnie jak wczorajsza katastrofa pod Władimirem, gdzie na drodze żywcem spłonęło 8 osób – medialna zasada „trupo-kilometra“ bierze swoje, tym bardziej że zginęli tam obywatele Armenii i Uzbekistanu, tutejsi „gastarbeiterzy“: światowe media nie zauważyły tego wypadku.
Mówi się w Rosji, że człowieka charakteryzuje jego stosunek do Rodziców i generalnie – ludzi starszych. Stąd przyjęty jeszcze w ZSRR obowiązek ustępowania miejsca staruszkom w autobusach czy tramwajach, przepuszczanie ich w sklepowych kolejkach, wpajany pionierom obowiązek przeprowadzania Babuszek o lasce przez jezdnię itd. Okazuje się jednak, że ZSRR w tej pozorowanej nadopiekuńczości nie przebił tego, czego stałem się świadkiem w Niemczech. Tutaj posuniętą do krawędzi absurdu dbałość o ludzi starszych, niedołężnych, spycha tych nieco zdrowszych i młodszych niemal na margines prawa. Obowiązuje zasada: młodszy poczeka, ma więcej siły, starzec wymaga natychmiastowej interwencji. Tyle, że przypadki zgonu „tych silniejszych“ z powodu tak jednostronnego podejścia można mnożyć, ku zachwycie zwolenników doktora Kevorkiana. Co ciekawe – godna uwagi dbałość o ludzi starszych rzuca się w oczy nie tylko w ośrodkach służby zdrowia. W atmosferze przyklejonych do ust plastikowych uśmiechów i wykrzykników typu: „Hallo-Hallochen ! Wie geht’s ?! Gut ! Tschuuuuueeessie !!!“ starsze panie, których mężowie (jak sobie brutalnie żartują młodzieżówki stolicy) ginęli w obozach koncentracyjnych spadając z wieżyczek wartowniczych, zmuszają otoczenie do ustępowania im na każdym kroku: w przychodni, sklepie, autobusie a nawet na chodniku. Spróbuj nie ustąpić ! – napiętnowany złymi spojrzeniami przez miesiąc nie zaśniesz, czując się człowiekiem złym i nieczułym na cudze cierpienie. W Berlinie moja Mama karnie czekała na swoją kolej do Pana Doktora W., znanego kardiochirurga z Polski, uznając w wieku 78 lat, że są osoby bardziej potrzebujące pomocy niż ona w swym stanie przedzawałowym i z zapaleniem płuc. Zażywna, tleniona na pudelka 60 latka zdecydowała w tym czasie, że jej stan jest znacznie poważniejszy niż wszystkich innych razem wziętych: po wyciągnięciu talonu do lekarza zmusiła swego pielęgniarza do roztrącenia kolejki, powołując się na kłucie w sercu i ...czekającego w domu, głodnego pudla – biedaczka. Doktor W. grzecznie zapytał pacjentów, czy przepuszczą zażywną damę. Przepuścili. Okazało się, że serduszko bolało z ... przejedzenia i nadużycia wiśnióweczki poprzedniego wieczoru. Ale pies został uratowany: usłużny wolontariusz (odbywający zapewne zastępczą służbę wojskową) dostarczył Panią do domu, zanim pudel dobrał się do zamkniętego w lodówce kawioru. Siłą rzeczy nasuwały się obrazki z rosyjskich przychodni, gdzie ludzie starzy nie mają najmniejszych szans z rozpasaną siłą młodości, nawet schorowanej. Automaty z talonami do lekarzy też tutaj są, tylko że nie działają – ktoś dawno temu zainkasował duże pieniądze w usprawnianie systemu przyjęć do lekarzy. Nikt nie wziął jedynie pod uwagę, że automaty talonowe trzeba zaopatrywać w...papier do drukowania bilecików. Gdy skończyły się rolki, dostarczone promocyjnie z każdym automatem, te zamilkły na amen. Teraz stoją obok nich panie pielęgniarki, które na wyrywanych z zeszytu kartkach odręcznie zapisują kto do jakiego lekarza się udaje. System działa. Pod warunkiem że Pan/Pani Doktor nie uda się akurat na kawę z Panią Księgową. Kolejka się burzy, godziny mijają niezauważenie, a pod koniec dnia lekarze nadrabiają normę wydając aspirynę i krople na katar. Starsi i niedołężni są spychani na koniec – wiadomo: będą się długo przebierać a na to nikt nie ma czasu. Ot, drobna różnica.
Inna scenka z lotniska Tegel w Berlinie: tęga jejmość w fotelu inwalidzkim (z powodu otyłości), zmusza wiozącego ją emigranta z Czarnego Lądu do ekwilibrystycznych wręcz sztuczek w tłumie pasażerów, czekających w remontowanym hallu na swój wylot. Pani Frau szuka wygodnego fotela. Gdy nie znajduje, robi karczemną awanturę na całe lotnisko. Pojawiają się usłużni, ugrzecznieni policjanci i antyterroryści. Jeden z nich brutalnie wyprasza z fotela mężczyznę w średnim wieku, który ma czelność oglądać film na swoim laptopie. Na zwolnionym fotelu usadzają awanturującą się „staruszkę“. Pech sprawia, że jest to miejsce koło mojego fotela. Pani Frau siada obok, by już po chwili, nachalnie spoglądając mi przez ramię na polskie czasopismo, zacząć wypowiadać się na temat „Polaken“ (Polaczków). Trochę przeszkadza, że Frau nie miała kontaktu z mydłem od co najmniej tygodnia, ale nie reaguję. Wkrótce tłuste palce we wrośniętych pierścionkach chwytają mnie za ramię: „-Du, sag‘ mal, wo ist mein Platz ...?“ (e ty, powiedz, gdzie jest moje miejsce ?) i Frau pokazuje niemal wypluty skrawek biletu. Jestem nieuprzejmy: nie wiem i niewiele mnie to interesuje. Frau ma swego pomocnika, którego rzeczywiście obcesowym gestem wzywa, burcząc coś pod nosem na temat już „Scheiss-Polaken“. Potem żałuję, że nie sprawdziłem uważnie miejsca Pani Frau: przez całą drogę z Berlina do Moskwy siedziała za moimi plecami, umiejętnie udając ataki wykrztuśnego kaszlu.
Wyjeżdżałem z tego ugrzecznionego, poprawnego politycznie Berlina z dużą ulgą. Nie trwała ona jednak długo. Na tymże lotnisku wpadłem z deszczu pod rynnę: w oczekiwaniu na lot do Moskwy, dziesiątki mocno sfrustrowanych oczekiwaniem i lotem Rosjan, walczyły między sobą o miejsca, pociągając tęgie łyki z butli ukrytych w papierowych torebkach. Unoszący się w powietrzu zapaszek nie zostawiał najmniejszych wątpliwości, że podróż będzie barwna. I była. Pewien jegomość (podający się za pułkownika specnazu) jeszcze w poczekalni żądał, by go natychmiast zaprowadzono do toalety, bo będzie się skarżył kapitanowi samolotu. W przebudowywanej hali nie było to takie proste, samolot jednak poczekał, niczym taksówka. Gdy pasażer wrócił na miejsce, powitały go oklaski zniecierpliwionych podróżnych, którzy natychmiast postanowili pójść w jego ślady. Do nietrzeźwych Rosjan wkrótce dołączyła moja sąsiadka Frau. Ogólna wesołość opóźniła samolot o kolejne kilkadziesiąt minut. A mnie ostatecznie zniechęciła do podróżowania na linii Moskwa – Europa Zachodnia. Pewnych rzeczy nie da się pogodzić. A jeśli się nie da... lepiej się nie narażać.
Pozostaje pytanie: do kogo nam, Polakom, bliżej - do ugrzecznionych, plastikowych Buergerów czy azjatyckich w swym egoizmie Rosjan...? Jak się to ma do rocznicy katastrofy i tego, od czego zacząłem niniejszy wpis...? Nijak. Każda pora i każde miejsce ma swoje problemy. I chyba najwyższy czas, by każdy zajął się rozwiązywaniem własnych, zamiast cierpieć za miliony.
