
Minął kolejny, najważniejszy dzień w kalendarzu oficjalnych świąt państwowych Rosji – 68 rocznica zwycięstwa nad faszyzmem. Dzień, który jak co roku z jednej strony stał się pretekstem do zademonstrowania militarnej potęgi Rosji i jej snów o potędze, z drugiej – wywołał na zachodzie kolejne, histeryczne reakcje związane z rzekomym zagrożeniem ze strony Wschodu.
REKLAMA
Podczas parady przez Plac Czerwony przemaszerowało 11 312 żołnierzy reprezentujących wszystkie rodzaje sił zbrojnych, oraz przejechało 101 jednostek sprzętu bojowego, w tym samochody opancerzone “Tygrys”, transportery piechoty najnowszej generacji, operacyjno–taktyczne rakiety Iskander-M, modyfikacje starych Katiusz, czyli równające wszystko z ziemią wyrzutnie „Grad“, oraz międzykontynentalne rakiety balistyczne Topol–M, których Zachód lęka się najbardziej.
W trakcie defilady prezydent Władimir Putin oświadczył, że “Rosja zawsze będzie “bronić prawdy o tamtej wojnie”. I tutaj - po wcześniejszej euforii, wywołanej hukiem czołgowych gąsienic, rozbijających kostkę brukową Placu Czerwonego, rykiem przelatujących myśliwców i bombowców oraz ogłuszającym „Urrrrrrrrraaaaaa!!!“ wyrywającym się z gardeł tysięcy defilujących sołdatów – powiało smutkiem. Z prawdą Kremla trudno bowiem dyskutować: jest ich prawda, nasza prawda i cała reszta, czyli g... prawda – jak głosi ludowa mądrość. Nikt nie podważa ofiary setek tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, którzy oddali życie w walce z faszystami, nikt nie poddaje w wątpliwość wkładu radzieckiej Rosji w ostateczne zwycięstwo. Trudno jednak przymykać oczy na cenę tego zwycięstwa dla państw Europy Wschodniej (w tym Polski), na historyczne kłamstwa związane z Wojną Ojczyźnianą, na tysiące ofiar radzieckiego terroru, rozpętanego pod przykrywką walki z hitlerowcami. Od lat z bliska obserwując obchody rocznicy Zwycięstwa, nie mogę jedak nie skłonić głowy przed tzw. Nieznanym Żołnierzem, jakże często mylonym przez tzw. poszukiwaczy prawdy historycznej z politrukami, NKWD-ystami czy wręcz stalinowskimi wodzami. Dlatego każdego roku wraz z synem kupujemy czerwone goździki, spacerujemy po Parku Zwycięstwa lub Parku Gorkiego w Moskwie, wręczając kwiaty coraz rzadziej napotykanym weteranom, dla których 9 maja to najświętszy dzień w roku. Syn szczerze dziękuje zapłakanym ze wzruszenia dziadkom i babciom za Zwycięstwo a oni dzielą się z nim frontowymi opowieściami, w których często pojawia się polski wątek. I wielu z nich wspomina chociażby wykrwawiającą się Warszawę, gdy Armia Czerwona czekała na stłumienia Powstania – ci Nieznani Żołnierze mówią o tym ze smutkiem a nawet wstydem, „Takie były czasy, wykonywaliśmy rozkazy, taka była polityka“. Słyszę już jazgot tych, którzy ruszą na mnie z oskarżeniami o całkowite zruszczenie, mówiących że nic prostszego niż zasłaniać się rozkazami i „takimi czasami“. Chciałbym zobaczyć tych, którzy głoszą odważne tezy o kolejnej okupacji Europy jako cenie za zwycięstwo nad faszyzmem, w okopach II wojny światowej albo w jakichkolwiek okopach... na szczęście nigdy ich tam nie zobaczę. Szczęście, które zawdzięczamy między innymi bezimiennym żołnierzom Armii Czerwonej.
Pisząc o milionach radzieckich ofiar wojny i wkładzie Armii Czerwionej w Zwycięstwo świadomie nie wspominam o polskich ofiarach: a przecież bezprecedensowe w swej statystyce zniszczenie 1/5 polskiego społeczeństwa, przed którego bezprzykładnym męstwem nawet faszyści (nie mówiac o stalinistach) skłaniali głowę, nie powinno pozostać bez echa. I nie pozostaje: tyle tylko, że nie w rocznicę Zwycięstwa. Nie ma znaczenia, czy dzień ten w kalendarzu zapisany zostanie u nas 9go czy 8go (jak na Zachodzie) maja. Ważne jest to, że w kalendarzu naszych świąt państwowych Dzień Zwycięstwa praktycznie nie istnieje. Jak napisał jeden z rosyjskich publicystów w swej korespondencji z Warszawy, w Polsce można odnieść wrażenie, że Dzień Zwycięstwa nad faszyzmem to data wstydliwa i ponura, oznaczająca nową falę okupacji i terroru. „Nie ma czego świętować, mało tego – wkrótce polscy uczniowie dowiedzą się z lekcji historii, że wojska radzieckie rozbiły w Polsce niemiecką armię, która dążyła do odbudowy silnego państwa polskiego“ – pisze wspomniany publicysta. Z takimi opiniami można dyskutować tylko argumentami typu „dać w pysk“, podobnie jednak jak z zacietrzewionymi propagandystami, dopatrującymi się w Dniu Zwycięstwa jedynie powodu do narodowej żałoby.
W Rosji nie ma rodziny, której nie dotknęłaby Wojna Ojczyźniana. Przed tymi, w zdecydowanej większości - bezimiennymi ofiarami, musimy pochylić głowę. Niech wybaczą politykom ich rozgrywanie historycznych kart, żonglowanie pamięcią tych, którzy walczyli o życie swoje, swoich najbliższych, którzy oddali życie w walce z reżimem, którego oblicza cywilizowany czowiek nie jest w stanie sobie dzisiaj wyobrazić. Jestem dumny ze swego Syna, który szczerze dziękuje weteranom za Zwycięstwo. Z nadzieją patrzę na młodych Rosjan, którzy widzą w weteranach wszystkich antyhitlerowskich frontów, bohaterów współczesnego Świata. A jednocześnie ze strachem obserwuję rozwój dyskusji nad Wielkim Zwycięstwem, która z roku na rok zatacza coraz bardziej niepokojące kręgi. Jedno nie ulega wątpliwości – naród bez historycznej pamięci nie ma przyszłości. Rosjanie pamiętają. 9go maja pamiętają po prostu o tych, którzy polegli. Czy stać nas na taką pamięć o II wojnie światowej, która wolna będzie od polityki a pozwoli po prostu pochylić głowę na znak szacunku dla tych, którzy ginęli nie pytając o polityczną cenę swej ofiary...?
„Spasiba Diedu za Pobiedu!“ – „Dzięki Dziadkowi za Zwycięstwo!“. Dla wielu – zwłaszcza w Republikach Nadbałtyckich ale i w Polsce - to Zwycięstwo jest porażką. A ja widzę łzy w oczach tych, którzy pamiętają... i którzy do dzisiaj nie potrafią zrozumieć, jak ich ofiarę przekuwa się w zbrodnię.
PS Z niedowierzaniem przeczytałem informacje o oburzeniu tzw. prawicowych patriotów pokazaniem w głównym wydaniu „Wiadomości“ 09.05.13 migawek z defilady na Placu Czerwonym. Rzeczywiście – jak piszą panowie Pięta, Gontarczyk, Janecki i im podobni - przekroczone zostały pewne granice: tyle że to właśnie owi publicyści przekroczyli granice politycznego zacietrzewienia, chociażby w rozumieniu zadań i celów informacyjnych współczesnej telewizji. Kreml rzeczywiście marzy o odbudowaniu swej roli światowego mocarstwa militarnego i nie żałuje milionów dolarów na organizację podobnych imprez jak Defilada Zwycięstwa. To, że przy okazji oddaje tym hołd żołnierzom, którzy zginęli na frontach drugiej wojny światowej, jest czysto propagandowym zabiegiem. Ale przemilczanie tego faktu byłoby poważnym błędem merytorycznym ze strony wydawców serwisów informacyjnych. I nie ma to nic wspólnego z „wiernopoddaństwem wobec Moskwy“. A to, że przy okazji powraca pytanie, gdzie byliby dzisiaj w/w panowie, gdyby nie Armia Czerwona i walczący u jej boku polscy (i nie tylko) żołnierze, to już odrębny problem, który starałem się poruszyć powyżej.
