W dyskusji o prowadzeniu euro w Polsce zabrał ostatnio głos amerykański noblista Paul Krugman (w felietonie w New York Times). Jego głosu na pewno nie należy lekceważyć, choć i nie warto bezkrytycznie powtarzać jego tez.
REKLAMA
Premier zasugerował ostatnio, że możliwy jest polityczny kompromis pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami przyjęcia przez Polskę euro. Kompromis polegający na takiej zmianie konstytucji, która umożliwiłaby wprowadzenie wspólnej waluty – ale pod warunkiem zgody społeczeństwa, wyrażonej w referendum. Innymi słowy, nawet jeśli nie dziś, to jednak nie rezygnujemy z planu wprowadzenia euro.
Dzień później ekonomiczny noblista Paul Krugman, zażarty orędownik swobodnego druku pieniędzy przez USA i wróg niemieckiej koncepcji walki z kryzysem zadłużeniowym przez oszczędności napisał, że chyba wierni ułańskiej tradycji Polacy zwariowali, w związku z czym znów chcą atakować szablami czołgi. Euro to wielka katastrofa, stwierdził Krugman, więc rzeczywiście tylko wariaci mogą dziś chcieć je wprowadzić. A rezygnacja z własnej waluty, którą można w razie potrzeby swobodnie dodrukowywać, jest absurdem porównywalnym z szarżą na niemieckie PzKpfw IV.
Pomińmy oczywiście historyczne nieścisłości - to, że rzekome szarże ułanów na czołgi w roku 1939 były romantycznym wymysłem włoskich korespondentów wojennych, podchwyconym chętnie przez niemiecką propagandę. Nad uwagami wybitnego ekonomisty nie możemy jednak przejść bez zastanowienia.
Krugman ma niewątpliwie w kilku punktach rację. Mechanizmy działania euro rzeczywiście były niewłaściwe, co tylko zachęcało kraje Południa do beztroskiego zadłużania się. Ponieważ zanim uporządkuje się owe mechanizmy, najpierw trzeba podzielić się ciężarem spisania na straty znaczącej części owego długu, rzeczywiście trzeba albo nie być do końca zdrowym, albo skrajnie zdeterminowanym (jak uciekający wciąż przed widmem rosyjskiej dominacji Bałtowie), aby dążyć do jak najszybszego dołączenia do klubu euro. No i rzeczywiście, Polska nieźle wyszła w ciągu ostatnich lat na posiadaniu własnej waluty – nie tyle drukując pusty pieniądz, co raczej poprawiając wskaźniki produkcji i zatrudnienia dzięki dokonanej przez rynek walutowy wyraźnej „przecenie” złotego.
W kilku innych punktach Krugman jednak się myli. Założenie, że euro jest kompletną katastrofą i nie ma szans na to, by ten fakt się zmienił, jest chyba bardziej wynikiem polemicznego zacietrzewienia niż realistycznej oceny. Strefa euro powoli dochodzi do siebie, choć można oczywiście krytykować Niemcy za to, jak gorzką tabletkę kazały przełknąć chorym krajom Południa. Nawet intensywnie przygotowując się do przyjęcia euro Polska i tak nie zdołałaby tego dokonać szybciej niż za 4 lata, a do tego czasu problem odziedziczonych z przeszłości długów zostanie chyba rozwiązany. No i po trzecie, w ocenie korzyści z drukowania własnego pieniądza Krugmana zawodzi chyba zbyt amerykański punkt widzenia. Bo rzeczywiście, jeśli jest się prezydentem USA można sprzedać każdą ilość obligacji, a jeśli jest się szefem Fed można wydrukować każdą ilość dolarów, a świat je zaakceptuje. Ze złotymi tak już wcale nie musi być.
W sprawie euro jest równie wiele argumentów „za”, jak „przeciw”. W dodatku mówimy tylko o argumentach ekonomicznych – a gdzie polityczne? Decyzja co do optymalnego postępowania Polski jest trudna i wymaga spokojnej, poważnej dyskusji. Dobrze, że zachęca i prowokuje nas do niej również amerykański noblista. Choćby mylił się co do szarż na czołgi.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 5.04.2013
