Górników jest 100 tys, a frankowiczów 600 tys. Wybory parlamentarne odbędą się jesienią. Czy przygnieceni olbrzymimi ratami kredytobiorcy zatrzęsą sceną polityczną? Ja sam mam kredyt we frankach i zastanawiam się, na ile rząd weźmie pod uwagę moje rosnące zmartwienie...

REKLAMA
„Frank groźniejszy dla rządu niż górnicy” - napisał Eryk Stankunowicz, zastępca red. naczelnego Forbes'a. Wyjaśnił przy tym, że skoro kredyty we frankach ma około 600 tys osób, a wszystkich górników jest ok. 100 tys., to właśnie pomysły polityków na rozwiązanie problemu kredytów frankowych, a nie kryzys w górnictwie może zaważyć na wyniku wyborów. Postawieni pod ścianą frankowicze mogą zagłosować na podobnej zasadzie, jak chłopi od lat popierający PSL – czyli uwzględniając głównie swój partykularny interes. Wiadomo, jeśli zagrożony jest twój byt, jeśli grozi ci utrata mieszkania i długi do końca życia, to poprzesz w wyborach tego, kto zaproponuje ratunek – a sympatie i antypatie polityczne zostawisz na okazję dyskusji podczas imienin.
Nikt mnie nie delegował, bym pisał w imieniu 600 tys zadłużonych we frankach rodaków, więc napiszę wyłącznie w swoim własnym. Otóż w najbliższych wyborach nie będę się kierował sympatią, czy poczuciem bliskości światopoglądowej, ale swoim własnym interesem. Pewnie to cyniczne – tym łatwiej powinni mnie zrozumieć politycy.
Mam kredyt denominowany we frankach wart blisko milion zł, ale tym którzy spieszą z wyrazami współczucia albo pogardy, chciałbym nieco szerzej opisać moją sytuację. Otóż staram się być zaradnym facetem. Mam dwa fakultety, nauczyłem się dwóch języków, kilkukrotnie zmieniałem zawód; żyję z pracy, udziałów w spółce, zysków na giełdzie, tantiem za nakręcone filmy. Generalnie, jest gorzej niż parę lat temu, ale jakoś daję radę i tysiąc zł. więcej za kredyt też mnie nie zabije. Nigdy nie oczekiwałem, że rząd rozwiąże moje problemy, że mi cokolwiek sfinansuje, w czymkolwiek ulży. I teraz też na to nie liczę, ale jest mi ciężej i tym gorzej znoszę, że rząd moje pieniądze marnuje. To nie jest tak, że przyjąłem rozumowanie pazernego związkowca i chcę wyciągnąć kasę – ja po prostu mam teraz ciężej i nie mogę pozwalać, żeby tę kasę ode mnie wyciągano.
Nie stać mnie już na finansowanie niewydolnego systemu emerytalnego, niewydolnego systemu opieki zdrowotnej, na dokładanie do KRUS, do przywilejów mundurowych, na utrzymywanie nierentownych kopalni. Nie stać na zaspokajanie pazernych związkowców, którzy zamiast bronić interesów pracujących ludzi – najzwyczajniej grabią państwowe mienie. Nie mam już kasy, by z moich podatków finansować przychylność kościoła katolickiego.
Wielu moich znajomych daje się terroryzować biadoleniem: „Jezus Maria, byle tylko PIS nie wygrało!”. Moja mama tak bardzo nienawidzi Kaczyńskiego, że jakąkolwiek krytykę rządu PO odbiera jako zdradę – zupełnie tak, jakbym podczas okupacji podpisał Volkslistę. Tyle, że ja już naprawdę nie mam kasy na finansowanie zaniechań PO. Tusk jest miłym i kulturalnym facetem, ale przez te kilka lat udało mu się jedynie zbudować stadiony i zorganizować Euro, posłać sześciolatki do szkoły, wydłużyć wiek emerytalny, no i „zreformować” OFE - piszę „zreformować” by uniknąć obraźliwego słowa dobitnie nazywającego łamanie siódmego przykazania. To już 8 lat jak PO rządzi w Polsce, a nie udało się wdrożyć żadnej z obiecywanych reform: KRUS, ZUS, mundurowi, energetyka, biurokracja urzędnicza, podatki. Niczego nie zreformowano, a jeśli już, to tak jak podatki: PO przed wyborami obiecała je obniżyć, ale po dojściu do władzy uznała, że należy jednak podwyższyć. Tak też uczyniła.
Miło było te parę lat przeżyć w spokoju, że Kaczyński nie wywoła jakiejś wojny Rosji albo Niemcom; że Macierewicz nie będzie wsadzał do więzień, a Ministrem Kultury nie zostanie Krystyna Pawłowicz. Kupowałem ten spokój tolerując niewydolny rząd. I może tolerowałbym dalej, ale zwyczajnie pieniędzy mam już mniej i mnie nie stać.
Część czytelników obśmieje moje wywody, jako jęczenie zadłużonego we franku leminga. No i dobrze, możemy przyjąć że jestem lemingiem. Tym lepiej dla konkluzji, którą formułuję. Otóż, polecam przykład największego skupiska lemingów w Polsce, czyli miasteczka Wilanów prześmiewczo zwanego Lemingradem. Przez wszystkie kolejne wybory, w Wilanowie notowano rekordowe poparcie dla Platformy w wyborach parlamentarnych, dla Komorowskiego w wyborach prezydenckich. Bastion PO, stolica lemingów - pogardzanych za bierność i brak samodzielnego myślenia! ...I cóż się stało podczas ostatnich wyborów samorządowych? Otóż te wyśmiewane lemingi powołały Stowarzyszenie Mieszkańców Miasteczka Wilanów. W samym sercu swego Lemingradu, w komisji zlokalizowanej nota bene w gmachu kompleksu Świątyni Opatrzności Bożej, to Stowarzyszenie zdobyło absolutną większość głosów, deklasując PO!
Nie chcę szydzić ani obrażać pani premier Kopacz. Życzę jej szczerze wielu sukcesów, ale ostrzegam lojalnie, że jeśli dalej będzie marnować moje pieniądze, to w najbliższych wyborach nie zagłosuję już na PO. Pomimo szczerej sympatii – po prostu już mnie nie stać...
P.S. Z nerwami ostatnio stoję fatalnie, więc nie chcę się irytować pisząc o terrorystycznym wymuszeniu pieniędzy przez górników. Swoje zdanie na temat działalności związkowej wyłożyłem całkiem jasno tutaj