To 200 lat zaborów (przerwanych jedynie dwudziestoleciem międzywojennym) sprawiło, że nikt z nikim się nie może dogadać. To nie Hakata, Ochrana, ani rozpijani przez dziedziców chłopi, ale sami spiskujący bohaterowie tak nam popieprzyli w głowach, że do dzisiejszego dnia nie możemy sami ze sobą dojść do ładu.

REKLAMA
Jeszcze przed zaborami było kiepsko z tym publicznym dialogiem, bo tak naprawdę chodziło o interesy zwalczających się koterii arystokratycznych rodzin. Nikt więc nikogo nie przekonywał, a jedynie zwalczał, przekupywał, kaptował. Wszystko to jednak była gra interesów – i w tym znaczeniu przypominała normalną, znaną wszędzie na świecie politykę. Ostateczny kres rozumnego dyskursu przyniosły dopiero zabory, bo one postawiły nas wobec powinności moralnych, a prymat osiągnęły kwestie honoru – słabo poddające się ocenie logicznej.
Przez 200 lat (przerwanych jedynie dwudziestoleciem międzywojennym) wciąż byliśmy okupowani przez swoich i obcych, a racja moralna była tylko po jednej ze stron. I choć wielu miało odmienny pogląd na temat jedynie słusznej moralnie racji, to wielu właśnie jej zapamiętale broniło. Zadawane zbyt często pytanie „bić się czy nie bić?” było w istocie pytaniem o nasz honor, godność, moralność. Tzn. nawet, jeśli ktoś próbował odpowiedzi poszukiwać za pomocą rozsądku, to oceniany był z pozycji moralnych. Ci co nie chcieli się bić byli zdrajcami, ci zaś co kosy na sztorc stawiali – szaleńcami topiącymi kraj w morzu krwi. Kiedy napadają nasz dom, nie oczekujemy przecież dyskusji światopoglądowych, a domagamy się pomocy, solidarności. Jeśli ktoś nie pomaga leżącemu, gdy go kopią, to oceniamy to emocjonalnie – zwłaszcza gdy to my sami jesteśmy kopani. I tak, powstańcy, spiskujący zawsze wychodzili ze swych zmagań z laurem triumfu moralnego, który starczać im musiał za całą nagrodę - wobec realnej klęski. Ten triumf moralny zaczął jednak toczyć nasze życie publiczne jak rak, bo szachował jakąkolwiek nieskrępowaną dyskusję. O ile bowiem z argumentem logicznym dyskutować można innym argumentem, to z hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” dyskusji nie ma żadnej. Można paść na kolana i uznać ich prymat, albo pogodzić się z etykietą zdrajcy, zaprzańca, agenta.
Po króciutkim dwudziestoleciu międzywojennym i II Wojnie Światowej znowu znaleźliśmy się w rzeczywistości okupantów i spiskujących bohaterów. Choć po upadku porządku sanacyjnego ogół społeczeństwa usposobiony był raczej ludowo-lewicowo (tak jak w 1919 roku), to stalinowskie opresje pozbawiły budowniczych PRL racji moralnych. Można oczywiście tłumaczyć zawile o „ukąszeniu heglowskim”, ale nikt wątpliwości raczej nie miał, że maltretowani AKowcy to bohaterzy, a UBecy to skurwysyny. Koniec stalinizmu, a początek realnego socjalizmu przyniósł zelżenie terroru, ale podziałów moralnych nie zniósł. Paradoksalnie, o ile w czasach srogich byli może jacyś ideowi komuniści, to potem w latach 70. już tylko cyniczni pragmatycy. Ci mieli na sumieniu mniejsze grzechy, niż ich dogmatyczni ojcowie, ale ocena moralna wypadała jeszcze gorzej. Można było wierzyć w ideologiczną postawę Gomułki, ale jakże miałka moralnie była ekipa Edwarda Gierka? Jak w zderzeniu ideologicznym z Ojcem Świętym, KORem, a później Solidarnością wypaść miały koniunkturalne skurwysynki, którym chodziło o talon na samochód, przydział na mieszkanie, wczasy w Bułgarii. Wiadomo było, że po '76 decyzja o wstąpieniu do PZPR była koniunkturalna, a racja moralna stała po stronie spiskujących intelektualistów, strajkujących robotników, brodatych studentów śpiewających „Mury”.
Minęły zabory, polskie ziemie opuściły ostatnie oddziały Armii Czerwonej, zapanowała demokracja. Ale duch i mentalność przyswojona „na barykadach” pozostała. Przyzwyczailiśmy się do prostego podziału: po jednej stronie bohaterzy, po drugiej świnie. Skoro racja moralna jest po naszej stronie, to nasz oponent jest najwyraźniej świnią! Widać taką logikę w sprawach dużych, średnich małych. Widać w w rozmowach o gospodarce, nauce, polityce. Wszędzie!
Rozmowa o bardzo konkretnej sprawie, jaką jest umowa gazowa z Rosją wyzwala emocje towarzyszące postaniu, a adwersarzy określa się mianem agentów rosyjskich. Decyzje o nauczaniu historii w szkole to akt sabotażu wobec narodu. Dyskusji o legalizacji bądź penalizacji aborcji towarzyszy pomawianie o występność, albo jawne sprzyjanie zbrodni. Jakoś nie udaje się tego sporu przekuć w dyskusję: jak sprawić, by dokonywane było jak najmniej aborcji – czym wszyscy winni być zainteresowani. Po jednej stronie występne dziwki i morderczynie – po drugiej czarna sotnia. Nikt nikogo już do niczego nie przekona...
To nie tylko politycy, ale my wszyscy nauczyliśmy się korzystać z takich łatwych chwytów, aby przeciwnika zdyskredytować. Nie wdajemy się w żadną dyskusję z argumentami, ale dyskredytujemy personalnie. I tak, jedni są zdrajcami, agentami, masonami, żydami i pedałami. Drudzy zaś oszołomami, czarną mafią, moherami. Lista wyzwisk jest długa, ale proszę zwrócić uwagę, że rzadko kiedy odnosi się ona do kategorii intelektu. Z rzadka pada „kretyn”, „matoł”, „idiota” - bo cała rzecz nie odnosi się do rozumu, ale moralności. Przecież prezes Kaczyński nie powiedziałby nigdy o Tusku, że ten nie powinien być premierem, bo jest za głupi, bo się ciągle myli, bo jest niedouczony. Tusk jest zdrajcą, sprzedawczykiem, mordercą. I to zresztą samemu Tuskowi odpowiada, bo sam życzy sobie rozchwianego emocjonalnie przeciwnika. Nic nie jest tak na rękę PO, jak spychanie opozycji na pozycje oszołomów, maniaków. Czy naprawdę nie można było zaangażować jakiejś międzynarodowej komisji do badania katastrofy smoleńskiej? Żadnych ekspertów z krajów NATO? Przecież, wobec skandalicznych pomyłek przy identyfikacji zwłok, przydałby się autorytet niezależnych fachowców, by przekonać wątpiących o katastrofie. Ale nikt, a PO najmniej, przekonywać nikogo nie zamierza. Niech PiS pozostanie po jednej stronie barykady, a PO po drugiej – tak jest dla wszystkich lepiej.
...Lepiej dla wszystkich polityków, ale nie obywateli! Ja osobiście jestem zmęczony konfrontacją, która nie przypomina ani dyskursu, ani rozgrywki szachowej, ani pojedynku nawet. Bo rezultatem pojedynku miało być uznanie racji, podanie rąk, pojednanie – a dzisiejsza konfrontacja polityczna to ordynarna napierdalanka na sztachety. PiS częściej wali, a PO stosuje uniki – ale żadna ze stron pojednać się nie chce.
Jeden z publicystów napisał dziś w NaTemat, że „rzyga Smoleńskiem”, co wydaje mi się intelektualnie płytkie. W swym tekście przeciwstawiającym się rzekomo „jadowi smoleńskiemu” napisał ile mógł, by część obywateli obrazić, ku radosnej wrzawie drugiej części. Rzygam takim dyskursem. I jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to bardzo poproszę o argumenty – wyzwiskami jestem znużony...