Czy umiemy sobie wyobrazić, jak Święto Niepodległości obchodziliby ci, którzy tę niepodległość przed laty wywalczyli? Ja tak! Wystarczy, że przypomnę sobie postać mojego dziadka, który bił się w wojnie polsko-bolszewickiej. Chyba wiem, jak on spędziłby niedzielę 11 listopada – gdyby tylko żył...
REKLAMA
Mój dziadek był wnukiem powstańca styczniowego, który po konfiskacie majątku i odbyciu zesłania na Syberii, osiedlił się w okolicach Smoleńska. W tym mieście, które kojarzy się dziś tak złowieszczo, nauki gimnazjalne pobierał mój dziadek. Po wybuchu rewolucji rodzina po raz kolejny straciła wszystko, z tym większą lekkością mój szesnastoletni podówczas dziadek zaciągnął się do ułanów (co wymagało sfałszowania metryki). Opuszczał Smoleńszczyznę ze złamanym sercem, bo zdążył się był zakochać w panience z sąsiedniego majątku, czego dozgonną pamiątkę stanowiło wytatuowane na jego piersi imię „Lusia”. Wstąpiwszy do 2 pułku ułanów grochowskich, dziadek zdobywał Kijów, potem uciekał przez kontrofensywą Budionnego.
Choć służbę kawaleryjską polubił, i został niebawem oficerem – samą wojnę zapamiętał przede wszystkim jako straszne okrucieństwo. Być może dlatego nigdy nie wspominał barwnych potyczek, efektownych szarży ułańskich, nic właściwie, co nadawałoby się na patriotyczne gawędy. Jedyny szczegół jaki przekazał, to ten, że gdy ciężko ranny trafił do szpitala, był tam jedynym żołnierzem z czystymi nogami.
Wojna się szczęśliwie skończyła, a dziadek umiał cieszyć się odzyskaną wolnością (dla własnej przyjemności, a durniom na złość!) Już jako zawodowy oficer nabrał obyczajów iście kawaleryjskich: pił, bawił się i uganiał za kobietami. Poczucie wolności okupionej daniną krwi sprawiło, że wspomnianej wcześniej Lucynce nie było dane zostać moją babcią. Może gdzieś tam oczy wypłakiwało niebożątko, gdy mój dziadek łajdaczył się zapamiętale, by na koniec zakochać się w rozwódce. Miało to ten katastrofalny skutek, że dziadek musiał opuścić łono Świętego Kościoła Katolickiego, bo ślub z rozwódką mógł wziąć tylko w cerkwi. Historia milczy, by cierpiał z tego powodu boleśnie, bo wiadomo, że daleki był od dewocji. Nie będę się rozwodził o damsko-męskich perypetiach dziadka, bo za dużo pisałbym o wolności obyczajowej, a za mało o Niepodległości. Dość powiedzieć, że dziadek miał dwie żony, a kochanek całe mnóstwo – tak przynajmniej zapewniała jego druga żona, a moja babcia.
Wyznać muszę całkiem serio (bo czasem trochę żartuję), że mój dziadek był prawdziwym bohaterem. Walczył w obu wojnach, i w obu był ranny. W czasie okupacji zaopatrywał w żywność rodziny siedzących w oflagu kolegów, oraz ukrywających się Żydów. Części z tych Żydów udało się przetrwać holokaust. Babcia wspominała nawet, że po wojnie przychodziły jakieś listy z Izraela, które dziadek zapobiegliwie niszczył. Uznawał najwyraźniej, że jako przedwojenny oficer ma dostatecznie dużo powodów do zmartwień - w kraju budującym właśnie najszczęśliwszy z ustrojów.
II Wojnę Światową zakończył w mundurze Ludowego Wojska Polskiego, a straciwszy wszystko czego dorobił się w międzywojniu, objął w okolicach Słupska tak zwaną osadę oficerską - poniemiecki majątek przekazany mu w administrację. Miał tam za robotników rolnych przesiedleńców z kresów wschodnich, oraz rdzennych Niemców. Moja matka pamięta jeszcze jasełka w których coś recytowała po niemiecku, wspólne śpiewanie „Stille Nacht! Heilige Nacht!”. Stosunki z tymi Niemcami musiały być więcej niż życzliwe, bo mama jeszcze w latach 60 zapraszana była do NRF, dokąd wyemigrowali w końcu niemieccy robotnicy.
Serdeczność i ludzka przyzwoitość wobec Żydów w czasie wojny, oraz Niemców po wojnie stanowi dla mnie dalece większy powód do dumy, niż rany dziadka odniesione w walce z oddziałami Budionnego, czy szlify oficerskie. Choć walczył na śmierć i życie z Rosjanami i Niemcami, Niemców lubił, a Rosjan wprost uwielbiał. Dość powiedzieć, że swą ułańską szablę z wojny polsko-bolszewickiej podarował... oficerowi Armii Czerwonej, z którym bardzo się zaprzyjaźnił podczas ofensywy na Berlin. I gdyby z racji tego gestu miałby być oceniony przez nieprzejednanych „patriotów” za renegata, to wiem, że miałby to głęboko w dupie. Wszelkie bowiem przejawy narodowego zacietrzewienia komentował rosyjskim powiedzeniem: ananizm ukrieplajet arganizm (onanizm krzepi organizm).
Tak, mój dziadek jest dla mnie bohaterem, prawdziwym patriotą! Nie dość cnotliwym, by żyć bez grzechu, ale dostatecznie przyzwoitym, by pomóc bliźniemu; nie dość pobożnym by śpiewać psalmy, ale dostatecznie chrześcijańskim, by bliźniego widzieć nie tylko we współplemieńcu.
Na koniec trzeba, żebym odpowiedział na pytanie postawione na samym początku: jak Święto Niepodległości spędzałby mój dziadek, weteran wojny polsko-bolszewickiej – gdyby tylko żył? Cóż, wiem z opowiadań babci, że swe namiętności realizował zupełnie inaczej, niż biegając po mieście ze sztandarami. Szczerze więc wątpię, czy poszedłby na jakąkolwiek manifestację. Jestem za to absolutnie pewien, że wybrałby się z kolegami na dobrą wódkę, a jeśli by zdrowie pozwoliło, to potem na dziewczynki!
