Z bezsilną złością czytałem doniesienia o polskich protestach wobec przedstawienia żołnierzy AK jako antysemitów w niemieckim filmie o II Wojnie Światowej „Unsere Muetter, unsere Vaeter”. Sytuacja jest beznadziejna: nie mamy żadnej siły przebicia, żeby bronić prawdy, co do której nie ma żadnej pewności.

REKLAMA
Jak poinformowała GW „Ambasador RP w Waszyngtonie Ryszard Schnepf zaapelował do firmy Music Box Films, która planuje dystrybucję w USA niemieckiego filmu "Nasze matki, nasi ojcowie", o wycofanie się z jego emisji, ponieważ ukazuje on w fałszywym świetle żołnierzy Armii Krajowej.” Już widzę, jak producenci filmu rezygnują z dystrybucji w USA, bo Polacy czują się dotknięci sposobem ukazania w filmie AK. Czy dyplomacja polska w kwestii obrony czci AK kieruje się strategią Powstania Warszawskiego, to jest działań pozbawionych szans na wygraną? Nie wiem, czy akcja podjęta przez ambasadora jest słuszna, bo filmu przecież nie widziałem. Wiem natomiast, że pan Ryszard Schnepf i tak nie może zrobić nic, co odniosłoby jakikolwiek realny skutek w odniesieniu do amerykańskiej, czy światowej opinii publicznej.
Nie chcę otwierać sporu, na ile powszechny był antysemityzm w Polsce w czasie wojny, na ile antysemityzm ten był powszechny wśród żołnierzy AK. Kto ciekaw prawdy, niech daruje sobie felietonowe potyczki i poczyta materiały źródłowe, choćby meldunki Komendy Głównej AK dla Rządu RP w Londynie. Na podstawie ich lektury można chyba przyjąć bez pudła, że antysemityzm się zdarzał, nie był ani marginalny, ani powszechnie obowiązujący. Zrozumiałe więc, że dzisiaj oburzamy się filmem powielającym stereotypy w stylu „każdy Polak to antysemita”. Tyle w kwestii faktów. Ja chciałbym odnieść się wyłącznie do sposobu, w jaki powinniśmy zabiegać o nasz wizerunek na świecie.
Może i będziemy potęgą energetyczna za sprawą gazu łupkowego, ale póki co, jesteśmy mało znaczącym gospodarczo krajem, którego przewaga konkurencyjna polega głównie na taniej sile roboczej. Nasze inicjatywy zaistnienia w międzynarodowej polityce ograniczały się dotąd do poświęcania życia naszych żołnierzy, wydawania miliardów i nie uzyskiwania absolutnie żadnych korzyści z uczestnictwa w misjach międzynarodowych. O wpływie naszego zbrojnego zaangażowania na wizerunek Polski najlepiej świadczy wystąpienia Obamy, w którym mówił o polskich obozach koncentracyjnych. Prezydent państwa będącego ponoć naszym największym sojusznikiem wygłasza zdanie, za które zazwyczaj chcemy pozywać do sądu, a my nie jesteśmy w stanie nawet zwrócić mu uwagi. Wyczyniamy jedynie dyplomatyczne wygibasy, z których przeziera bezsilność i psie przywiązanie. Zachowujemy się jak kobieta, która obrażającemu ją mężczyźnie tłumiąc szloch mówi: „i tak wiem, że mnie kochasz”. A co właściwie moglibyśmy powiedzieć, i jak?
Pamiętam kongres Ruchu Poparcia Palikota, podczas którego Palikot przekonywał, że przez ostatnie 200 lat nie odnieśliśmy żadnego zwycięstwa militarnego, a Polska przetrwała dzięki kulturze. Sugerował maksymalne obcięcie środków na armię i przeznaczenie ich na edukacje i kulturę. Przypomniałem sobie o tym postulacie, kiedy ogłaszano plan przeznaczenia 130 miliardów zł na modernizację armii co przeszło bez większego echa. Nawet sam Palikot ten bagatelny wydatek jakoś przeoczył – wiele skądinąd rozumnych postulatów tonie u niego w błazeństwie. Ale zostawmy Palikota i zastanówmy się nad samą kwestią roli kultury polskiej w budowaniu naszej rangi na świecie. Na misje w Iraku i Afganistanie wydaliśmy już grube miliardy, poświęciliśmy życie i zdrowie setek żołnierzy, a skutków nie ma żadnych.
Były takie momenty w powojennej historii, ze nasz głos był słyszany – a działo się to za sprawą ludzi kultury mających na świecie jakieś poważanie. To nasza sztuka - bo przecież nie gospodarka, czy polityka - pozwalała zwrócić na nas uwagę świata. Polski film, muzyka, malarstwo, rzeźba, plakat, sztuka użytkowa – one zaskarbiały zainteresowanie, życzliwość, szacunek. To dzięki Wajdzie, Zanussiemu, czy Kieślowskiemu udało nam się przedstawić Europie jako kraj ludzi myślących i wrażliwych, którzy zasługują na wsparcie w swej walce z prymitywnym sowieckim reżimem. Heroiczne wystąpienia robotników w Poznaniu w 1956 roku były pozbawione poparcia inteligencji, zaś wystąpienia inteligencji w 1968 roku były pozbawione poparcia robotników. Dopiero sojusz proletariuszy, i elity inteligencji oraz artystów zbudował zupełnie fenomenalny zryw Solidarności – widziany i doceniony przez cały świat! Wiele kwestii szalenie upraszczam, ale we właściwy sobie, niezdarny i powierzchowny sposób pragnę wyrazić pogląd dość prosty: to nauka, kultura są nasza szansą na określenie tożsamości na arenie międzynarodowej. Zamiast wydawać 130 miliardów zł po to, by politycy mogli odbierać defilady, przeznaczmy mądrze choć ułamek tej kwoty na to co naprawdę buduje nasza pozycję na arenie międzynarodowej. Każdy sukces artystyczny Kieślowskiego wart był więcej, niż F-16 kosztujący miliardy, każde dzieło Pendereckiego więcej nam zaskarbiło szacunku, niż czołg, czy supernowoczesna armata. Zamiast więc bezsilnie pomstować, że Amerykanie obejrzą niemiecki film szkalujący żołnierzy AK, zastanówmy się, dlaczego nie zobaczą fenomenalnego polskiego filmu prezentującego naszą pamięć i naszą wrażliwość.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?