REKLAMA
Pośród strug ulewnego deszczu pożegnałem wczoraj kieleckich Żydów na cmentarzu na Pakoszu. Późnym popołudniem rozpoczęły się w Kielcach uroczystości rocznicowe „pogromu kieleckiego”. Sześćdziesiąt sześć lat temu, czwartego lipca 1946 roku tłum napadł na żydowskich mieszkańców kamienicy przy ulicy Planty 7/9. Było ponad sto ofiar, z czego 42 śmiertelne. Od lat w tym dniu spotykają się kielczanie i goście z całego świata, by powracać myślą do tamtych tragicznych wydarzeń.
Tegoroczna rocznica, jak zwykle doniosła i wzruszająca, zawierała kilka szczególnych elementów. Przed kamienicą na Plantach młodzież ustawiła 42 krzesła na których zapłonęły nagrobne lampki. Była modlitwa, poezja i przejmujący śpiew. Byli włodarze Kielc, przedstawiciele IPN-u, dyplomaci z Izraela i USA, goście ze Stanów Zjednoczonych z Izraela, mieszkańcy Kielc i duża grupa kieleckiej młodzieży.
Niestety te puste krzesła nie były jedynymi niezajętymi miejscami w czasie tych uroczystości. Zabrakło przy pomniku Menory, i przed kamienicą na Plantach i na żydowskim cmentarzu na Pakoszu przedstawicieli kieleckiego duchowieństwa. Ani biskup, ani żaden z kieleckich duszpasterzy nie znalazł w tym dniu czasu, by wraz z mieszkańcami swojego miasta dźwigać to trudne dziedzictwo.
Na szczęście pośród zgromadzonych znalazła się odważna licealistka. Publicznie i głośno wobec zebranych wyznała, że jest chrześcijanką - katoliczką, a następnie wypowiedziała swój sprzeciw wobec nienawiści, która była zarzewiem tamtej tragedii. Mówiła, że wie, co wydarzyło się w Kielcach 4 lipca 1946 roku i że chce o tym pamiętać. Jak to dobrze, że znalazł się ktoś, kto tych młodych ludzi zapoznał z trudnymi kartami historii ich rodzinnego miasta.