O autorze
Ksiądz Wojciech Lemański (1960) - proboszcz parafii Narodzenia Pańskiego w Jasienicy. Za swoją działalność na rzecz poprawy stosunków polsko-żydowskich odznaczony medalem przyznawanym przez Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej i przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

List do redaktora Hołowni


Szanowny Panie Redaktorze Hołownia

Ujawniając swoją opinię na temat redakcji tygodnika "Newsweek" i autorek tekstu "Nieświęte rodziny” raczył pan również poświęcić kilka zdań mojej skromnej osobie. Ponieważ napisał pan, że mnie szanuje, więc i ja podobnym tytułem zwracam się do pana z kilkoma pytaniami.


Po pierwsze – cóż to pobudza pana do litości nad moja osobą? Nie dostrzegam ze swej strony specjalnych powodów do litowania się nade mną, a świadom wagi moich słów podpisuję się pod nimi z imienia i nazwiska. Pan moje nazwisko pomija z litości, a na dokładkę okrasza to pominiecie zapewnieniem o szacunku. Może jakieś wyjaśnienie z pana strony?


Po drugie – gdzie w tekście wyczytał pan mój komentarz "na zasadzie, no tak jest, no tak się mówi". W rozmowie z autorkami tekstu odnosiłem się do konkretnych przypadków, znanych mi nie ze słyszenia, ale z autopsji. Nie o zasłyszanych, ale o wypłakanych historiach opowiadam.


Po trzecie – pisze pan o mnie, że mam „przemożne wrażenie (bo nie adresy, nazwiska i dane)”. Chciałby pan poznać te adresy, nazwiska i dane? Nic z tego. Na tym właśnie polega różnica między mną i panem, że ja przychodzących do mnie nie przesłuchuję, ale wysłuchuję. Mogą być pewni, że dochowam tajemnicy w powierzonych mi sprawach. Nie przywołuję imienia żadnej osoby, ani nazwy miejscowości, ale piszę o problemach i o sposobach ich rozwiązywania.

Dlaczego z jednej strony pisze pan o księżach B i C, których historię gotów jest pan chętnie (ale też anonimowo) opowiedzieć, a od rozmówców autorek tekstu wymaga pan adresów, nazwisk i danych? My mamy panu wierzyć na słowo, a nasze słowa pan będzie dyskredytował ia przytaczane przez nas ludzkie historie traktował jako wątpliwe i niewiarygodne?

Odniosę się jeszcze do proponowanych przez pana zasad rozmowy o problemach w Kościele. Zwrócę uwagę na czwartą i piątą zasadę. Czwarta zasada według pana brzmi: "daję głos przełożonym i innym zainteresowanym stronom". Najpierw pisze pan, że "przypadek poznański to oczywista patologia i dowód na to, że są pośród księży tacy, którzy mają nierówno pod kopułą". To znak, że i pana poruszył tamten przypadek. Niech pan zacytuje głos choćby jednego przełożonego tamtego księdza, wypowiadającego się podobnie jak pan. Przecież oni milczą jak grób. Cała Polska jest tą sprawą poruszona i czeka na jednoznaczną reakcję ze strony Kościoła. Pan pisze, by "Newsweek" dał głos przełożonym. A przełożeni ciągle milczą. Co pan radzi w takim przypadku?

I jeszcze zasada proponowana przez pana jako piąta – "rzetelnie pokazać skale zjawiska". Na jakiej podstawie mogłyby próbować to zrobić autorki tekstu? Wszystkie podjęte przez nie starania pan dyskredytuje, rzecznicy kurii na te tematy nie udzielają żadnych informacji, opowieści krążące pośród księży nie są dla pana wiarygodne, badania naukowe nie są dla pana miarodajne. Może zaproponuje pan skuteczną metodę najpierw rzetelnego zbadania, a następnie rzetelnego pokazania skali problemu.

Po zapoznaniu się ze wspomnianym przez pana "przypadkiem poznańskim" napisałem felieton "Wierzchołek góry lodowej". Wspomniałem w nim znane mi przypadki podobne do tamtego. Tytuł felietonu nie odnosił się do skali zjawiska, bo podobnie jak pan i jak autorki tekstu w "Newsweeku" nie mamy o tym zielonego pojęcia. Pisałem o skali problemu, który przypadek poznański obnażył. Ten jeden przypadek jest niczym góra lodowa i widać to w każdym jego szczególe. A jeśli podobnych przypadków jest jeszcze "zaledwie" kilka albo kilkanaście, to przed nami Arktyka.

I wreszcie na koniec. Panie redaktorze, nauczono mnie kiedyś w seminarium, że najważniejszy jest człowiek. Ten konkretny, który przychodzi do nas ze swoją życiową tragedią. Gdyby przypadek poznański był jedynym, to warto by napisać o nim we wszystkich tygodnikach w naszym kraju, również tych katolickich. Napisać ku wyjaśnieniu aż do bólu i ku przestrodze. Gdyby przypadek kobiety, o którym wspomniałem w rozmowie z autorkami tekstu przydarzył się tylko jej jednej, to i tak warto go ukazać jako przykład nieporadności działań ludzi Kościoła w takiej sytuacji.

Panie redaktorze, niech pan tych wszystkich ludzi przeprosi za swoje słowa. Mam nadzieje, że były to słowa nieprzemyślane i wypowiedziane zbyt pochopnie. Każdemu może się to zdarzyć. Niech pan wyjdzie z tej sytuacji z twarzą.

Przeczytaj: Hołownia odpowiada Lemańskiemu