REKLAMA
Być może, wydarzyło się to popołudniu, albo wieczorem, 5 sierpnia 1942 roku, a może to była już noc? Tak, z całą pewnością panowała wtedy głęboka noc. Noc, która spowiła nie tylko Jasienicę, ale spowiła nieomal całą Europę. Brunatna, pełna grozy śmierci, okrucieństwa, strachu, noc faszyzmu. W tę nieprzeniknioną noc, gdy na żer wychodzi z ludzi to, co najdziksze i najohydniejsze, pośród nielicznych wówczas zabudowań Jasienicy przejeżdżał po torach kolejowych pociąg złożony z bydlęcych wagonów. Nie wiózł aprowizacji dla walczących armii Hitlera, ani skrzyń wypełnionych żelaznymi krzyżami dla aryjskich bohaterów. Ten pociąg wiózł tysiące ludzi traktowanych gorzej niż bydło. Wiózł pośród innych pasażerów żydowskie dzieci z warszawskiego sierocińca z ich opiekunami.
Gdy w Warszawie wsiadali do wagonu, Henryk Goldszmit zrzucił z siebie używane dotąd kostiumy. Już nie musiał ubierać się w strój „starego doktora”, który nakładał, by móc głosić pogadanki pedagogiczne w polskim radio. Mógł wreszcie zostawić za sobą przebranie Janusza Korczaka, które pozwalało mu publikować jego książki i artykuły. Do wagonu wypełnionego dziećmi wszedł stary, schorowany Żyd, któremu gwiazda Dawida była przepustką do zamkniętego dla nie-Żydów obozu zagłady w Treblince. Miał przepustkę, ale za bilet musiał zapłacić, jak wszyscy pozostali pasażerowie tych pociągów.
Gdy pociąg przetaczał się przez Jasienicę, Goldszmit nie wyjrzał przez okno. Zabezpieczone drutem kolczastym okienka nie służyły w tych wagonach zgodnie ze swoim przeznaczeniem. One miały skutecznie oddzielić Żydów od ludzi zamieszkujących okolice linii kolejowych, od pól i lasów, od wolności, od życia. Niektórzy wyrywali te druty z okien i próbowali skakać w ciemność nocy. Nielicznym się udało. Goldszmit nie próbował. On z tymi dzieciakami chciał pozostać na dobre i na złe. Został z nimi na najgorsze.
Kolejny pociąg z warszawskiego getta do Treblinki przejechał przez Jasienicę. Przed nim przejechało wiele, po nim jeszcze więcej. Po wielu latach ludzie podnieśli zrzucone na Umszlagplatzu kostiumy i powiesili je w oszklonych gablotach. Znów cytuje się starego doktora, znów drukuje się książki Korczaka, a imię Korczaka nadaje się szczepom harcerskim i szkołom. Ten rok przeżywamy w Polsce jako rok Janusza Korczaka. Goldszmit nie ma grobu. Jego kostiumom pozwolono spocząć na atłasach.
Każdego miesiąca jeżdżę do Treblinki. Nie ma tam już stacji kolejowej, do której jechały z getta pociągi śmierci. Pocięto szyny kolejowe, wydłubano z ziemi drewniane podkłady. Dziś, w 70 lat od tamtego wieczoru, trzeba wiele samozaparcia i wytrwałości, by odnaleźć i rozpoznać miejsce, do którego powieziono przez Jasienicę setki tysięcy Żydów. Dziękować Bogu, coraz liczniejsi spośród nas podejmuje ten wysiłek.
W siedemdziesiąt lat od tamtych wydarzeń, mieszkańcy Jasienicy dostrzegli ślad, jaki zostawiły po sobie tamte straszne pociągi przejeżdżające przez naszą wioskę. Każdego miesiąca wspominamy na modlitwie imiona i nieliczne nazwiska tamtych dzieci, Henryka Goldschmita i jego współpracowników, którzy przejechaliy przez naszą wieś do Treblinki. Z tamtego straszliwego transportu udało się nam wydobyć z zapomnienia osiemdziesiąt sześć imion. Tylko tyle i aż tyle. Te imiona brzmią w jasienickiej świątyni, a potem dziesiątki zapalonych lampek wędrują przed symboliczna mogiłę Dzieci Narodu Żydowskiego. Może wspominając to, co wydarzyło się siedemdziesiąt lat temu nieomal w każdym zakątku Polski, warto rozejrzeć się wokoło z podobną wrażliwością, jak mieszkańcy Jasienicy?
