REKLAMA
„ Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.” / Łk 1,1-4/
I oto mamy podany z pierwszej ręki literacki warsztat ewangelisty Łukasza i nie tylko jego. Wszak jak sam napisał, wielu już przed nim podjęło się spisania Dobrej Nowiny o Jezusie z Nazaretu, a i po nim wcale nie mniej liczni stanęli do tego zadania. Zostawiłby nam Jezus niczym Flawiusz, albo jakiś Kadłubek, słowa własnoręcznie zapisane, a moglibyśmy je badać niczym całun zwany „turyńskim” albo drzazgi z drzewa krzyża i kolce z cierniowej korony, i tyle jeszcze śladów materialnych pozostawionych przez Syna Maryi, że o kopytku betlejemskiego osiołka i piórku uronionym przez archanioła Gabriela nie wspomnę. Taki namacalny ślad, niczym zasuszone zaręczynowe róże albo pukiel włosów, albo list pożegnalny, mają dla nas, ludzi z krwi i kości, i emocji, niewytłumaczalnie istotne znaczenie.
Wiemy, że potrafił pisać, bo jedna najcudowniejszych opowieści zawartych w Ewangelii wspomina o tym, że Jezus pisał na ziemi, i jakie ogromne wrażenie wywarło to na zaglądających Mu przez ramię. Niechby zostawił po sobie choćby kilka zdań, kilka słów, choćby jedno słowo. Niestety. Wiemy tylko o tamtych pisanych na piasku, które wiatr zatarł bezpowrotnie, zresztą zgodnie z wolą samego Piszącego. Zdani więc jesteśmy na zapisane w pamięci i przekazywane z ust do ust opowieści, mowy, przypowieści i opisy wydarzeń. To wszystko obarczone ludzką ułomnością i niepozbawione emocji spisującego wspomnienia, i ze szczegółami na pozór nie dającymi się pogodzić w relacjach różnych autorów opisujących te same zdarzenia. Wiele oczu patrzyło na Jezusa. Wiele uszu nasłuchiwało Jego słów. W wielu sercach wyrył się niezatarty, ale obarczony skazą subiektywizmu wizerunek scen, zachowań, gestów, szczegółów. Kościół spośród tych zapisanych przed laty „opowiadań o zdarzeniach”, jak to zgrabnie ujął Łukasz na wstępie swej księgi, wybrał i autorytatywnie ogłosił jako natchnione cztery: Łukaszową, Markową, Mateuszową i Janową. Ludzie naszych czasów, podważający wszelkie autorytety i szukający z uporem dziury w całym, pytają - a dlaczego właśnie te, a nie Filipową ani tę autorstwa Barnaby, czy Jakuba, albo Marii Magdaleny, że o Judaszowej wspomnę na końcu. Oto ktoś odnalazł w skalnej grocie lub w piaskach pustyni skrawek papirusu datowany na tamte, bliskie Jezusowi czasy. Kilka słów zapisanych bardziej lub mniej zgrabnymi literami miałoby teraz wywrócić do góry nogami wiarę ludzi wpatrzonych w oblicze namalowane słowem Łukasza ewangelisty?
Kiedy tysiące ludzi wsłuchuje się w słowa, to bardzo często zdarza się, że różnie nie tylko słyszą, ale różnie przyjmują i różnie rozumieją te słowa. Dziś wielu odsłuchując nagrania własnych słów nie wierzy własnym uszom. To ja naprawdę to powiedziałem? Te same słowa zapisane w tej lub innej formie gubią, zdawać by się mogło bezpowrotnie, znaczącą część swojej treści zawartą w spojrzeniu, mimice twarzy, w gestykulacji, w osobowym kontekście nie dającym się zapisać czarno na białym.
Ten rok papież ogłosił w Kościele rokiem wiary. To jakby wezwanie, by właśnie miarą wiary przemierzyli chrześcijanie wszystko, na co patrzą ich oczy, o czym słyszą na co dzień, w czym uczestniczą i czego się obawiają. Ewangelia, i ta według Łukasza, i te kanoniczne, i te apokryficzne, również domagają się od nas zasłuchania, czy zaczytania się z wiarą. Żadna z nich nie jest groźna dla człowieka wiary. Choćbym przechodził przez ciemną dolinę, nie muszę się lękać.
Znawca tekstów starożytnych, ksiądz profesor Marek Starowieyski, w antologicznej pozycji opisującej apokryficzne teksty Nowego Testamentu, wymienia ewangelie, których dziś próżno szukać w drukowanych w milionach egzemplarzy księgach Biblii. Może, gdyby nie podjęta przed wiekami decyzja Kościoła o zamknięciu kanonu ksiąg Nowego Testamentu w liczbie 27, nasłuchiwalibyśmy dzisiaj, co tam znów odnaleźli archeolodzy, co odkopali, co odczytali badacze z papirusowych, miedzianych i innych zwojów.
Historia chrześcijaństwa została zapisana życiem wiary niepiśmiennych, w ogromnej większości, uczniów Chrystusa, którzy nie tylko ani razu nie przeczytali żadnej z czterech kanonicznych ewangelii, ale usłyszeli i zapamiętali tylko nieliczne zapisane na jej kartach historie, zdarzenia i postacie. Tamci ludzie nie mieli wiedzy pozwalającej czytać, tłumaczyć i porównywać kanoniczne i apokryficzne. Oni mieli wiarę, którą wielu współczesnych, wykształconych i oczytanych gdzieś po drodze zagubiło. Warto tej zguby szukać. Ona jest dla wszystkich, nie dla wybranych. Wiara pozwala się odnaleźć tym, którzy jej szukają.
