REKLAMA
Dwa dni temu wyruszyliśmy razem z przyjacielem z Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów do Sandomierza. W tym samym czasie, choć zupełnie inną drogą, zmierzała na to miejsca oficjalna delegacja ambasady Izraela. Podążaliśmy w krużganki klasztoru ojców dominikanów, by być świadkami i uczestnikami uroczystości wręczenia tytułu „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” panu Feliksowi Żołyni.
Ponad siedemdziesiąt lat temu do gospodarstwa, w którym pracował Feliks i jego rodzony brat, przybyli małżonkowie Sztajnberg z trójką małych dzieci. Feliks pozwolił im wykopać na terenie zagrody schron, o którym Sztajnbergowie mówili, że miał wymiary 180 na 80 centymetrów. Ten schron powstawał w absolutnej tajemnicy przed mieszkańcami wioski, przed właścicielem gospodarstwa, a nawet przed jedynym bratem Feliksa Żołyni. Różne dramatyczne przypadki były udziałem tej pięcioosobowej rodziny przez długie 22 miesiące ukrywania się w ciemnej otchłani. Najważniejsze, że wszyscy przeżyli. Po wojnie wyjechali do Izraela.
W historiach polskich sprawiedliwych wiele jest wspólnego i równie wiele niepowtarzalnego. Sztajnbergowie i bezpośrednio po wojnie, i potem z dalekiego Izraela, utrzymywali stałe serdeczne kontakty z Feliksem i jego rodziną. Gdy pojawiły się możliwości, odwiedzali się całymi rodzinami.
Podczas uroczystości w Sandomierzu zebrani nie kryli wzruszenia. Szczególnie córka Feliksa Żołyni, która odbierała tytuł dla zmarłego ojca, i trójka dzieci Sztajnbergów, którzy o nadanie tego tytułu wnioskowali. Był pan ambasador i pani wice-burmistrz Sandomierza. Był przewodniczący Rady Miasta, miejscowy euro-poseł i przedstawiciel biskupa sandomierskiego, były media i licznie zebrani członkowie rodzin, i tej Feliksa, i tej z dalekiego Izraela. Całość przygotowali członkowie stowarzyszenia Ekosan. Uroczystość była podniosła.
Po oficjalnej uroczystości, kilka kroków od dominikańskich krużganków, sprawowaliśmy Mszę świętą w intencji Sprawiedliwych. Nie było na niej Żydów, co wydaje się zupełnie zrozumiałe. Ale nie było również przedstawiciela biskupa sandomierskiego ani przedstawicieli Rady Miasta, nie było pani wice-burmistrz, ani ero-posła, ani zebranych na uroczystości mediów, nie było ani jednego z gościnnie użyczających nam tego miejsca ojców dominikanów. Byli przedstawiciele Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, Ekosanowcy i rodzina sprawiedliwego Feliksa Żołyni.
Za ścianami dominikańskiej świątyni ekipa filmowa nagrywała kolejne sceny do „Ojca Mateusza”, oficjalna delegacja z ambasady powracała do swoich zajęć w Warszawie, mieszkańcy robili wiosenne porządki, w katedrze stary obraz za zasłoną skrywał scenę z Żydami mordującymi chrześcijańskie dziecko. Sandomierz, klasztor, ratusz, pałac biskupi - żyły swoim życiem. Rodzina Feliksa Żołyni znów w osamotnieniu powracała pamięcią do tamtych długich 22 miesięcy, jakie pośród ludzi i samotnie zarazem przeżywał Feliks Żołynia - Sprawiedliwy Wśród Narodów.
