REKLAMA
Młyny Kościoła mielą powoli. Kto próbował coś w Stolicy Apostolskiej rozstrzygnąć, wyjaśnić, zatwierdzić albo uzupełnić, ten wie, że ta maksyma o kościelnych młynach jest jak najbardziej trafna. Niektórzy sądzili nawet, i w tym również jest sporo prawdy, że takie powolne działanie może dawać gwarancję dokładności, precyzji i wyważenia. Czytam teraz żywoty świętych polskich i co i rusz napotykam świadectwa takiego właśnie działania urzędów Stolicy Apostolskiej. Biskupi skierowali do Rzymu petycję, tam ją przetłumaczono, zbadano i już po dwudziestu latach udzielono odpowiedzi, która niestety zaginęła. Po kolejnym ćwierćwieczu przystąpiono ponownie do zbadania całej sprawy nie pomijając żadnego z etapów jej rozpatrywania. Kościół lokalny pisał, nuncjusz przekazywał, dykasterie wdrożyły procedury, kongregacje przesyłały jedna do drugiej, sprawa była w toku, o czym informowano na firmowym papierze.
Nagle coś w tej wielowiekowej maszynerii zazgrzytało, coś zaszumiało niczym podmuch gwałtownego wiatru, coś zaiskrzyło i ukazały się języki jakby z ognia, i oto z tych samych młynów, które zdają się nadal pracować w dawnym stylu, zaczęła się wysypywać, obficie i publicznie, najczystsza mąka. Najpierw wierni patrzyli i słuchali z niedowierzaniem. Potem wstrzymywali oddech i zastanawiali się, kiedy to się skończy. Kiedy uszczelnią te młyny, kiedy zaczną zbierać w worki i gromadzić za spiżową bramą tę mąkę, by ją potem, zgodnie z wielowiekową tradycją, racjonować wedle zasług i z umiarem, i dostojnie, i bez przesady. Ale oto zdumienie i niedowierzanie ustąpiły miejsca zupełnie nowemu zjawisku. Oto las rąk wyciągał się w tę stronę, by uchwycić te dary i by żadna z tych drobinek pożywnych nie upadła na ziemię, by się nie zmarnowała.
Sypie się więc ziarno Słowa przemielone przez papieża w domu świętej Marty w serca i umysły ludzi wyciągających swe dłonie ze wszystkich zakątków świata. Nie czekają na wypowiedź rzecznika konferencji episkopatu, który by profanom wyjaśniał, co papież miał na myśli, gdy mówił to, co mówił. Nie czekają na wskazania biskupów, którzy podpowiedzą, jak przyjmować i rozumieć słowa papieża. Po prostu słuchają, czytają i mówią jedni drugim, co dziś, co wczoraj papież do nas powiedział. A mówi twarde słowa, bez znieczulenia, z miłością, ale i bez taryfy ulgowej, zwłaszcza dla swoich. Mówi niestrudzenie, nie przynudza, nie stosuje słownej ekwilibrystyki, nie epatuje trudnymi terminami. Opowiada Dobrą Nowinę dla ludzi naszych czasów.
Niektórzy tak się tymi słowami papieża przejmują, jakby słuchali namiestnika Chrystusowego na ziemi. I nagle zaczynają swój Kościół narodowy, diecezjalny, parafialny, obmierzać miarą tego powszedniego nauczania papieża Franciszka. Nagle zaczynają patrzeć na swoich proboszczów i biskupów przez szkło powiększające papieskich homilii. Nic sobie nie robią z tego, że to słowa nie autoryzowane, nie opatrzone przypisami, nie opublikowane w Acta Apostolicae Sedis albo choćby w Osservatore Romano. Jak tak dalej pójdzie, to może się okazać, że podczas liturgii parafialnej, albo i tej sprawowanej przez biskupa, zamiast słuchać kazania, odmawiać będą koronkę do Bożego Miłosierdzia, bo już rano słuchali, co papież mówił na ten temat. O tempora! O młyny! O narobiło się nam! I Bogu niech będą dzięki.
