W polityce należy wiedzieć co się mówi, nie mówić co się wie. Tę starą prawdę potwierdziła dzisiaj – nie po raz pierwszy – pani poseł Krystyna Pawłowicz. Posłanka, tfu, poseł PiS-u wpadła w rzadko spotykany w słowotok, obrażając przy tym kogo popadnie, łącznie z redaktorem prowadzącym rozmowę.
REKLAMA
Mam poważne problemy ze zrozumieniem pani poseł. Z jednej strony zależy jej na przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Z drugiej, nie potrafi zrozumieć, że mogą istnieć grupy chcące osiągnąć ten sam cel tylko przy pomocy innych środków.
Jedni wolą napisać ustawę. Inni wolą zorganizować manifestację, będącą gigantycznym prowokacyjnym happeningiem. Bo tak chcą trafić do wrażliwości młodego pokolenia.
Dziwię się, że pani poseł Pawłowicz tego nie rozumie. Przecież jej obecność publiczna i medialna opiera się na nieustającej prowokacji!
Szkoda tylko, że jej prowokacje – w przeciwieństwie chociażby do „Marszu szmat” – ranią, obrażają i poniżają innych ludzi! Dla mnie to szmaciarskie prowokacje.
