Gdzieś tak w drugiej połowie marca 2011 zadzwonił do mnie redaktor Zdort z Rzeczpospolitej i poprosił o tekst na pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej – bym napisał o tym, jak sobie wyobrażam obchody tej rocznicy. Tak powstał tekst, który miał się okazać moim ostatnim artykułem dla Rzepy, po kilkunastoletniej intensywnej współpracy. Generalna teza była taka, że 10 kwietna to powinien być – wybity w tytule artykułu - „Dzień zrównania” (w tym sensie, że śmierć zrównuje, także Prezydenta ze stewardessą, prawicowców z lewicowcami, katolików z niewierzącymi lub wyznawcami innych religii etc).
REKLAMA
Ale znalazł się tam też passus, na który gniewnie zareagowało parę osób, w tym (opisany w tymże passusie) Łukasz Warzecha, jeden wdowiec smoleński w zniesławiającej mnie replice w Rzepie, Jan Pospieszalski w programie z moim udziałem, a także pewien drogi kolega (choć prawicowiec), który pozostanie tu anonimowy, w czasie skądinąd miłej kolacji w jego domu pod Warszawą.
Krytyczny passus brzmiał:
„Polityczne pokłosie 10 kwietnia było wśród nas, żywych, paskudne. Wyszły z nas (używam z pewną przesadą pierwszej osoby liczby mnogiej, ale wcale nie zamierzam bić się w piersi, bo nie mam powodu) cechy publiczne najgorsze: paranoja, podejrzliwość, haniebny cynizm, bezdenna głupota. Oto niektóre figury z tego marnego przedstawienia: liderzy partii, którzy po udanej (choć w końcu przegranej) kampanii prezydenckiej postanowili powrócić do Smoleńska jako głównego tematu programowego swej partii, w ten sposób upartyjniając i zawłaszczając politycznie katastrofę, której ofiarami byli wszak ludzie wszystkich opcji partyjnych. Lider opozycji, czynnie delegitymizujący demokratycznie wybrane władze, prezydenta bojkotując i sugerując jego wybór przez przypadek lub pomyłkę.Oto socjolog z niedalekiej Bremy, który w serii histerycznych artykułów wyraża swą teatralną pogardę dla tych, którzy przed katastrofą ważyli się krytykować tragicznie zmarłego prezydenta. Oto sędziwy, ale afektowany poeta, który grafomańsko nawołuje brata poległego prezydenta, by ten coś „zrobił w tej sprawie", i odmawiający atrybutu polskości tym, którzy nie głosują na partię przeżywającą zbiorowo, lecz cynicznie los „poległych" pod Smoleńskiem.Oto kiepski kabareciarz, który odreagowuje swą PZPR-owską przeszłość, piskliwie wzywając byłych krytyków prezydenta Kaczyńskiego „na kolana", jak gdyby ktokolwiek miał jakieś powody, by go słuchać z powagą. Oto była nieudolna minister i paradny bufon jadący do USA, by tam antyszambrować u polityków trzeciego sortu w sprawie „umiędzynarodowienia" śledztwa.Oto redaktor naczelny niszowego dotychczas pisemka budujący nakład swej gazety na podgrzewaniu paranoi i teorii spiskowej. Oto komentator brukowego tabloidu mnożący w swym blogu dziesiątki „pytań" i „wątpliwości" dotyczących katastrofy, w tym także o sztuczną mgłę pod Smoleńskiem, przy aplauzie internetowej publiki i nieumiejący się wycofać z żadnej insynuacji...”.
Wystarczy? Jeśli nie, mogę kontynuować obraz tej galerii paranoidalno-cynicznej, ale chyba nie jest to potrzebne. I niech mi nikt nie mówi, że to postaci marginalne, epizody nieistotne, gazetki i blogi niszowe. Tego typu postawy, wypowiedzi i opinie zatruły debatę o przyczynach katastrofy i o racjonalnych środkach, które należy podjąć, by nigdy więcej do takiego zbiegu fatalnych decyzji, niekompetencji i dezorganizacji nie dopuścić”.[/b]
Dziś, po pięciu latach po katastrofie, a czterech po napisaniu artykułu, nie tylko niczego bym w tym fragmencie nie zmienił, ale pewno bym wyostrzył jego ton. W kolejnych latach doszły do tej menażerii kolejne figury, a osobliwie – wybitni naukowcy, mianowani na tę godność dzięki wejściu do komisji Macierewicza: jakiś profesor z czwartorzędnego (bo poza wszelkimi rankingami) uniwersytetu amerykańskiego (z małżonką), jakiś laborant z innego uniwersytetu, jakiś właściciel warsztatu przy garażu na przedmieściach Sydney, mianowany na wybitnego specjalistę od wybuchów… .
Pięć lat to dosyć. Należy nakreślić grubą kreskę. Do niedawna myślałem, że jest błędem polskiego rządu, że niedostatecznie reaguje na wariactwa zamachowców i wybuchowców. Teraz zmieniłem zdanie,. Już nie należy wdawać się w te głupoty, oni nigdy tego nie skończą, nie zmienią zdania, nie przestaną głosić swoich bredni o wybuchu – bo od tego zależy ich polityczny status albo – w przypadku utrzymanków medialnych PiS-u lub SKOK-ów – pieniądze. Niech robią to sami, niech się kiszą we własnym sosie, niech we własnym gronie przekonują się wzajemnie w nieskończoność,. że cały naród tego się domaga, że Smoleńsk jest beczką prochu, która podpali ten rząd, niech piszą dla siebie i swoich kolegów, że jest w tym jakaś tajemnica, kłamstwo, intryga…
Raz na zawsze powiedzmy sobie kilka oczywistych faktów: ten samolot nigdy nie powinien był wystartować, wiedząc o warunkach na Siewiernym, a jak już wystartował (z zawinionym przez Prezydenta opóźnieniem, w czasie którego warunki jeszcze się pogorszyły), to powinien był zmienić kierunek i lecieć na lotnisko zapasowe, ale skoro już zbliżał się do Smoleńska, to nie powinien był podchodzić do lądowania – lecąc za nisko, za szybko, bez kontaktu wzrokowego z ziemią. Nie powinien był lecieć z tą załogą, kokpit nie powinien być jak stodoła, do której wszyscy wchodzą i gadają do skołowanych pilotów…
Odpowiedzialni za tę tragedie zginęli w katastrofie, niech im ziemia lekką będzie – a my o tym już uciszmy się raz na zawsze. Bo o czym już nie da się nic więcej powiedzieć – należy milczeć.
