Obierając sprawę Konwencji na casus belli przeciwko rządowym liberałom, minister Gowin wybrał sam sobie oręż w pojedynku, w którym właśnie poległ.

REKLAMA
Decyzja o planowanym podpisaniu Konwencji o zwalczaniu przemocy domowej nie jest po prostu jedną z setek rutynowych decyzji, jakie podejmuje rząd, takich jak np. o zaniechaniu dotowania skoku o tyczce, albo o tym, czy forma notarialna będzie od teraz niezbędna dla przeniesienia własności motoroweru, albo czy nawiązać stosunki dyplomatyczne z Zanzibarem. Znaczenie tej decyzji zostało podniesione do najwyższej rangi przez pryncypialny i fundamentalny charakter zarzutów, wysuwanych wobec Konwencji przez ministra Jarosława Gowina i jego najbliższych współpracowników.
Dlatego całkowicie nieprzekonywująco brzmią wyjaśnienia, w tonacji „Nic się nie stało”, samego ministra, tłumaczącego, dlaczego nie zamierza podać się do dymisji:
Rząd podejmuje setki decyzji. Gdyby jedna czy dwie nie po myśli danego ministra miały spowodować dymisję, to sala posiedzeń rządu świeciłaby pustkami. Ale faktycznie, uważam konwencję za dokument szkodliwy. Będę do tego przekonywać rząd. Jak przegram, nie będzie to utrata niepodległości.”
Nota bene, ten ostatni żarcik o „niepodległości” jest akurat wyjątkowo nietrafiony, bo przecież właśnie jednym z zarzutów, wysuniętych przez ministra Gowina przeciwko ratyfikacji w ważnym wywiadzie w Rzeczpospolitej było to, że Konwencja ta nadmiernie ograniczy polską suwerenność. Fakt, że był to argument raczej dziwaczny (każda międzynarodowa konwencja polega na dobrowolnym ograniczeniu swobody ratyfikującego ją państwa podejmowania działań, niezgodnych z tą konwencją) nie zmienia fundamentalnego i pryncypialnego charakteru owego zarzutu. A zatem: Konwencja ogranicza naszą suwerenność gdy jesteśmy w stadium dyskusji, ale nie prowadzi do „utraty niepodleglości”, gdy już decyzja zostala podjęta?
Przypomnijmy, że poza zarzutem nadmiernego ograniczenia suwerenności, minister Gowin twierdził, że proponowana Konwencja:
• Będzie niezgodna z zapisami polskiej Konstytucji,
• "Między wierszami" wprowadzi akceptację dla związków homoseksualnych;
• Stanowi nieuzasadnione oskarżenie religii i tradycji;
• Wprowadza nakaz indoktrynacji feministycznej;
• Podważa tradycyjną rodzinę i moralność… itd., itp
W moim przekonaniu, wszystkie te argumenty są całkowicie bezzasadne – ale w tym momencie moja opinia mniej się liczy niż fakt, że Minister Sprawiedliwości konsekwentnie, mocno i z pełnym jak się wydaje przekonaniem wysuwał te argumenty przeciwko podpisaniu Konwencji.
A zatem – naprawdę nic się nie stało? Czy jako Minister Sprawiedliwości będzie w stanie sumiennie realizować prawo (bo ratyfikowana Konwencja stanie się częścią polskiego prawa, nadrzędną wobec ewentualnych przepisow z nią niezgodnych), które ogranicza suwerenność, jest niezgodne z Konstytucją, zwalcza rodzinę i podważa moralność?
Nadając tak gigantyczne znaczenie Konwencji, przez rangę swych zarzutów (być może nieco histerycznych, ale przecież świadomie obranych), minister zbudował sobie zasadzkę, z której nie ma innego wyjścia, niż dymisja. Jakakolwiek inna decyzja jest niezrozumiała – oznacza albo trywializację własnych argumentów ex post („ja tylko tak mówiłem…”), albo chęć trwania w rządzie za wszelką cenę, mimo niezgody na bardzo zasadniczą część rządowego programu. Obierając sprawę Konwencji na casus belli przeciwko rządowym liberałom, minister Gowin wybrał sam sobie oręż w pojedynku, w którym właśnie poległ.