Wysuwanie „premiera” Glińskiego jest posunięciem rozsadzającym konstytucyjne reguły gry. A zagrywka z wnioskiem o wotum zaufania może być odczytywana jako przejaw nerwowości: skoro nie ma realnych symptomów utraty większości parlamentarnej, po co utwierdzać się w przekonaniu, że jest się jeszcze kochanym?
REKLAMA
To był głupi tydzień w polskiej polityce i żadna ze stron – ani główna siła opozycyjna ani główna partia koalicji rządzącej – nie sprawdziła się. W szczególności: nie wykazała dostatecznego rozumienia konstytucji, jako ramy ujmującej polskie życie polityczne w racjonalne ryzy.
Po stronie opozycji: groteskowe zagranie PiS-owskie z para-premierem pokazało, że lider PiS-u albo nie rozumie albo nie chce respektować konstytucyjnych reguł gry. „Konstruktywne wotum nieufności” to mechanizm na wypadek kryzysu konstytucyjnego, polegającego na tym, że aktualny rząd traci poparcie większości sejmowej. Następnym krokiem – na wypadek nieudanego wotum nieufności – jest już tylko rozwiązanie parlamentu. Ale w Polsce nie ma takiego kryzysu w sensie konstytucyjnym (bo w sensie politycznym, dla każdej opozycji trwa stały kryzys polegający na tym, że to nie ona jest u władzy). A zatem wysuwanie „premiera” Glińskiego jest posunięciem rozsadzającym konstytucyjne reguły gry.
Zresztą od samego początku pomysł ten nie był traktowany poważnie przed samego Prezesa PiS, który na dzień dobry upokorzył swego „kandydata na Premiera”, opuszczając gościnny SDP-owski lokal po pierwszych słowach pierwszego publicznego wystąpienia niby-Premiera, a potem ogłaszając przez swych dworzan, że w przypadku zwycięstwa PiS-u to on, Kaczyński, a nie jakiś profesor, zostanie premierem. Więc po co Profesor Gliński? Dla bajdurzenia naiwnym, że możliwy jest jakiś premier „rządu technicznego”, ale wyłącznie w sferze wirtualnej, czyli w para-rzeczywistości. Profesor Gliński może więc sobie jeździć po Polsce, udzielać wywiadów i po gogolowsku się puszyć („bardzo lubię być gubernatorem”), ale smycz, na której trzyma go Prezes, jest bardzo króciutka. I wcale mi Profesora nie żal, bo choć robi wrażenie poczciwca (wegetarianin-ekolog, który dorabia na trzeciorzędnym uniwersytecie do PAN-owskiej pensyjki, budzi moja wstępną sympatię), to jednak gotowość do grania w komedii wyreżyserowanej, dość partacko, przez Prezesa, musi narazić go na uzasadnione szyderstwo.
Ale i po stronie Premiera ubiegły tydzień nie był, konstytucyjnie, rozegrany na medal. Zagrywka z wnioskiem o wotum zaufania może być odczytywana jako przejaw nerwowości: skoro nie ma realnych symptomów utraty większości parlamentarnej, po co utwierdzać się w przekonaniu, że jest się jeszcze kochanym? Po stronie opozycji nie ma zagrożenia – z powodów podanych wyżej. Jedyny problem, jaki ma Premier, czai się w jego własnej partii, a jego symptomem jest nielojalne głosowanie dużej części PO za propozycją jeszcze bardziej kagańcowej ustawy anty-aborcyjnej. Tylko że na tę chorobę, wotum zaufania nie jest żadnym lekarstwem: tu trzeba męskich i jasnych posunięć wewnątrz-partyjnych. O czym zresztą już tu parę razy pisałem.
I gdybym to ja miał rozmawiać dziś wieczorem z Premierem Tuskiem, to zacząłbym właśnie od pytania na ten temat. Bo erozja aktualnej formuły PO nie jest wyłącznie problemem wewnątrz-partyjnym, ale problemem całego polskiego systemu politycznego.
