Opinia, że dopuszczenie związków partnerskich jest złamaniem konstytucyjnej zasady ochrony rodziny, jest tak absurdalna, że właściwie nie zasługuje na polemikę.
REKLAMA
Dlaczego i za co, za jakie grzechy, za jakie historyczne przewiny i z powodu jakich okoliczności przyrody lub geopolityki, pokarano nas tak niezbornym rządem, tak marnym ministrem sprawiedliwości, tak histerycznie kołtuńską opozycją – w sumie, tak beznadziejnie parcianym Sejmem - reprezentacją Narodu?
Myśli te gorzkie nachodzą mnie w Kanadzie, gdzie akurat czasowo przebywam, nie na wygnaniu lecz cudze dzieci ucząc, ale przy okazji przyglądam się temu krajowi – przyzwoitemu, dobrze ułożonemu, tolerancyjnemu i normalnemu – tzn. nie obrażającemu swoich obywateli. Nie tylko związki partnerskie uznaje, ale i pełnoprawne małżeństwa homoseksualne – i nic. Rodziny nie rozpadają się z hukiem, małżeństwa jakie były takie i są, z wyjątkiem tych które się rozwodzą, jak na całym swiecie, także w ostatnim bastionie prawdziwego chrześcijaństwa nad Odrą i Wisłą.
Ministra Gowina na swój sposób rozumiem – ma poczucie misji, więc ją realizuje. Dobiera argumenty, nie dbając o ich prawny czy konstytucyjny sens – ale zawsze przecież może się obronić, że wszak prawnikiem nie jest, wykładni konstytucyjnej nigdy się nie uczył, sam się na ministra sprawiedliwości nie mianował, widziały premierowskie gały, co brały.
Opinia, że dopuszczenie związków partnerskich jest złamaniem konstytucyjnej zasady ochrony rodziny jest tak absurdalna, że właściwie nie zasługuje na polemikę. Czy miałoby to znaczyć, że prawna regulacja związków innych niż małżeńskie, rozbije istniejące małżeństwa? Jak, dlaczego? Czy przykładni dotąd małżonkowie powiedzą sobie: Kochanie, było milo, ale skoro teraz możemy zredukować nasz status do związku partnerskiego, to koniec z naszym małżeństwem? A może samo istnienie alternatywy: małżeństwo albo partnerstwo, stworzy tak silną pokusę kochającym sie parom, by nie pchać się w pełno-wartościowe małżeństwo, że jego ranga zostanie śmiertelnie zraniona? Może też – przechodząc do związków partnerskich homoseksualnych – ich usankcjonowanie spowoduje drenaż ludzi z istniejących heteroseksualnych małżenstw: ludzie masowo odkryją w sobie ukrywany lub niedostrzegany dotąd pociąg do własnej płci i zdezerterują z tradycyjnych rodzin?
Nie, to jest naprawdę zbyt głupie, by dalej poważnie rozważać wykładnię idei, że ustawa o związkach partnerskich mogłaby konstytucyjnie zagrozić małżeństwu i rodzinie. Skoro minister Gowin musi, z jakichś względów, ze związkami partnerskimi walczyć za wszelką cenę – no to pewno musi. Może ciąży na nim jakaś inna solidarność, jakieś święte ślubowanie, jakieś żelazne przyrzeczenie silniejsze niż lojalność wzgledem rządu, którego jest członkiem.
Ale Premier? Czy tego ministra trzymać musi? Chyba nie. Z kilku wcześniejszych szefów tego resortu zrezygnował był prędko i z błahszych powodów.
