Dziś muszę niestety troche pokąsać rękę, która mnie karmi, a mianowicie mój rodzimy portal naTemat, co czynię bez specjalnych wyrzutów sumienia, bo “karmi” mnie tylko w najszerszym sensie tego słowa, a mianowicie stwarza mi dogodne forum do głoszenia swych poglądów, a zatem do ugruntowywania mojej sławy i chwały. Nie karmi mnie w żadnym innym sensie, więc nie czuję się specjalnie skrępowany, że muszę skrytykować. portal, z którego gościnności korzystam.

REKLAMA
Ukazał się tu wczoraj materiał, który mną wstrząsnął, a w każdym razie lekko zirytował, której to irytacji zamierzam dać wyraz poniżej. Pan kolega Jakub Noch napisał mianowicie, że tygodnik braci Karnowskich „ustalił”, że Prezes Kaczyński zamierza startować w wyborach prezydenckich 2015 przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu, i na dodatek, że te wybory wygra.
Zaintrygowany tym „ustaleniem” sięgnąłem do źródła, czyli do portalu wPolityce, i tam z kolei ustaliłem, że autorem tego ustalenia jest red. Piotr Zaremba – i w tym momencie wszystko stało się dla mnie jasne. Redaktor Zaremba jest bowiem publicystą tylko w takim sensie, w jakim publicystą jest np. jakiś autor tygodnika plotkarskiego albo Stanisław Janecki, dostający kasę od PiS, które energicznie chwali. Materiał Zaremby w portalu Karnowskich, ma wszelkie cechy „wiadomości z nogi wziętej”, przy czym używam trawestacji dla ominięcia wulgarnego słowa, czyli pseudo-informacji wymyślonej za biurkiem dla wierszówki i zdobycia tematu okładkowego, gdy nie ma nic innego. Jest tam wymyślony jakiś oczywiście anonimowy polityk PiS, który zapewnia naszego dociekliwego Zarembę o tym, że Kaczyński musi startować i jest nawet użyta ćwierć-inteligencka fraza „oczywista oczywistość” by stworzyć wrażenie PiS-owskiego autentyku.
Dygresja. Kilka tygodni temu Jacek Żakowski opublikował w „Polityce” tekst, na kanwie rozmaitych wpadek obyczajowo-wizerunkowych osób takich jak minister Nowak, Przemysław Wipler, agent Tomek i jeszcze tam ktoś, a zatem tnąc po obu stronach politycznej barykady, a te rozmaite nagłośnione wówczas w mediach fakty stały się podstawą prawdziwej perełki publicystycznej: Żakowski pokazywał, jak odszedł w Polsce dawny etos symbolizowany przez polityków takich jak Mazowiecki czy Geremek, a zatem utożsamianych z formacją dawnej Unii Wolności, a przyszła generacja nuworyszy, do których jakoś musimy swoje oczekiwania przystosować, bo tamto już niestety nie wróci. Powtarzam, była to prawdziwa perełka analizy, głębi, stylu i błyskotliwości, „vintage Żakowski”. Dlaczego to piszę? Bo potem w portalu wPolityce Piotr Zaremba „odpowiedział” Żakowskiemu, że oto ma mroczną tajemnicę do przekazania na temat dawnej Unii Wolności (która dla Żakowskiego stanowiła pewien symbol manier i etosu), a mianowicie że jakiś kolega-dziennikarz powiedział mu, Zarembie, że w czasie jakiegoś kongresu Unii Wolności usłyszał w ubikacji męskiej rozmowę dwóch anonimowych działaczy UW, chyba lokalnego szczebla, nieprzychylną premierowi Mazowieckiemu. Różnica miedzy esejem Żakowskiego a opowieścią toaletową Zaremby to miara dystansu miedzy prawdziwą publicystyka a pisaniem dziennikarsko-podobnym, jakie uprawiają Zaremba, Karnowscy, Warzecha czy Janecki. Co gorsza, oni wiedzą dobrze jak są słabi i nieudolni, a to tylko podkręca ich zawiść i frustrację, która następnie przejawia się słowem pisanym, mówionym, albo stękanym.
I teraz pytanie do kolegi Nocha z portalu naTemat: po co traktować poważnie takie wiadomości z nogi wzięte? Po co dowartościowywać całe tamto towarzystwo cytowaniem ich i przyczynianiem się do efektu kuli śniegowej, na mocy którego „ustalenia” Karnowskich czy Zaremby staną się politycznym faktem? Tak m.in. właśnie stale psuje się jakość dyskursu publicznego w Polsce.
Ale skoro już temat został wywołany, chociaż w kiczowaty i groteskowy sposób, warto choć przez chwilę zastanowić się nad tym, dlaczego Kaczyński na pewno nie wystartuje w wyborach prezydenckich. Przyczyna jest b. prosta – bo nie jest taki głupi. Nie jest może geniuszem, ale nie jest głupcem; wiem, bo go znam i to od bardzo dawna. I Jarosław wie doskonale , że w wyborach prezydenckich przeciw świetnemu i popularnemu prezydentowi nie ma najmniejszych szans. A jego osobista przegrana w wyborach prezydenckich byłaby dla niego czymś o wiele gorszym niż ewentualna porażka jego ludzi w wyborach europejskich albo parlamentarnych, gdyż będzie pewno oznaczała koniec jego przywództwa w PiS, a to oznacza koniec wszystkiego, co Jarosław ma.
Dlatego PiS może w rzeczywistości wypaść nieźle, nawet wygrać z PO w najbliższych wyborach europejskich, samorządowych i parlamentarnych (choć myślę, że spełni się przepowiednia jaką usłyszałem niedawno w Warszawie od pewnego wysokiego rangą polityka, że po zwycięstwie PiS w wyborach europejskich ludzie się przerażą i potem już będzie w porządku) – ale nawet jak wygrają w tych wszystkich wyborach, to nie mają te zwycięstwa żadnego przełożenia na szanse Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Z bardzo prostego powodu: mechanizmem, napędzającym szanse wyborcze PiS jest niechęć do zużytego rządu koalicji PO/PSL i do wielu jego polityk. Ale prezydent Komorowski w świadomości publicznej nie jest obarczany odpowiedzialnością za politykę Tuska i rząd koalicji PO-PSL. Poza tym wybory prezydenckie są dużo bardziej spersonalizowane niż parlamentarne: osoba kandydata ma tu niepomiernie większe wrażenie niż w masówce wyborów parlamentarnych. W konfrontacji miedzy spokojnym i trochę poczciwym, ale zawsze godnym i rzetelnym Bronisławem Komorowskim a nadąsanym, naburmuszonym, złośliwym i nadpobudliwym Kaczyńskim (pamiętamy tryumfalną konferencję prasową o „niebywałej zbrodni” pod Smoleńskiem, zaraz po trotylowych rewelacjach Gmyza), wybór dla Polaków jest oczywisty. Co doskonale ilustrują wszystkie sondaże popularności obu polityków.
Niektórzy przypominają, że przecież w ostatnich wyborach prezydenckich Kaczyński przegrał z Komorowskim tylko o kilka punktów, ale to tylko potwierdza moją tezę, bo wtedy sytuacja była skrajnie odmienna: wtedy Kaczyński miał bonus w postaci powszechnego współczucia, a nadto obrał postawę umiarkowaną (łącznie z orędziem do przyjaciół Moskali) i był otoczony ludźmi albo mądrymi choć bez charyzmy (jak Kowal czy Kluzik-Rostkowska) albo trochę mniej mądrymi ale z charyzmą (jak Ziobro). Teraz jak już wszystkich mądrych lub charyzmatycznych wyciął, to jest otoczony tylko przez miernoty, którymi sam głęboko się brzydzi plus przez Macierewicza, który może przytrzymać przy Kaczyńskim paru wariatów, którzy w przeciwnym razie poszliby do nazioli, ale odstraszy trochę rozsądniejszych, chyba że bardzo szybko poda nazwiska tych trzech osób które przeżyły zamach, tudzież szczegóły wszystkich wybuchów na pokładzie oraz wypowiedzenia wojny przez Rosję naszemu krajowi.
Krótko mówiąc, Kaczyński sam wepchnął się w narożnik i nie ma szansy z niego wyjść. Jedyna dobra dla niego wiadomość jest taka, że owszem, może wygrać wybory prezydenckie – ale tylko w okręgu wyborczym w Chicago. Bo już w Nowym Jorku, na Greenpoincie, raczej nie.