O edukacji można oczywiście debatować na wiele sposobów. I można zakładać, że każda z debat przyniesie dla tejże edukacji jakieś korzyści. Cóż jednak począć, jeśli rozmaite głosy, a także zbierane wnioski i materiały, rozmijają się w przestrzeni dyskursywnej, nie współtworzą całości, ani nawet nie komunikują się ze sobą. Zamiast wytwarzać obszary dialogu, tworzą coś na wzór dyskursywnych enklaw. Najważniejsze, by każdy w obrębie własnej działalności powiedział to, co ma do powiedzenia! Reszta najwyraźniej nie ma znaczenia!

REKLAMA
Ostatni miesiąc przyniósł znakomite tego świadectwa.
We wrześniu, podczas debaty organizowanej przez Akademię Obywatelską w Częstochowie, Pani Minister oznajmia, zresztą nie po raz pierwszy, że z naszą edukacją jest zdecydowanie lepiej, bo w przeprowadzanych od lat badaniach PISA jesteśmy coraz wyżej notowani, a więc na niektórych wykresach czy zestawieniach przesuwamy się o kilka pozycji do przodu. I są to, jak powiada Pani Minister, „twarde badania i twarde informacje” (zostawmy to na razie bez szerszego komentarza czy wyjaśnienia, choć byłyby one tutaj niezbędne).
Broni przy tym Pani Minister gimnazjów, a zatem i obecnej struktury naszego szkolnictwa, bo właśnie ta zmiana – w jej opinii – zaowocowała choćby tym, że dzisiejsi młodzi ludzie, wykształceni już w nowym systemie, nie oddali swych ciężko zarobionych pieniędzy spółce Amber Gold i nie stali się przez to ofiarami oszustwa. Tak, tak! Wychodzi na to, że po kilkunastu latach od wprowadzenia reformy odczuwamy realne korzyści społeczne z niej płynące!
[Chciałem uniknąć odwołania do tych konkretnych fragmentów wystąpienia Pani Minister, a tym bardziej uniknąć jakichkolwiek złośliwości, problem jednak w tym, że Minister Edukacji Narodowej przedstawia taką ocenę sytuacji z pełnym przekonaniem i pełną powagą. Traktuję to zatem jako stanowisko Pani Minister w tej sprawie. Rzeczonego wystąpienia można zresztą posłuchać:]

A oto inny punkt widzenia.
Mniej więcej w tym samym czasie, w pierwszych dniach września, Profesor Magdalena Środa, odnosząc się w swoim felietonie do polityki edukacyjnej Platformy Obywatelskiej (ale i oceniając propozycje Prawa i Sprawiedliwości w tym zakresie) formułuje, także nie po raz pierwszy, swą dobitną tezę o polskiej szkole jako XIX-wiecznej „konserwatywnej instytucji”. Nasza szkoła, niezależnie od zmian, jakie zapowiada jedna czy druga formacja (niezależnie więc od tego, do jakiego stopnia stanie się „cyfrowa” – na co akcent chce położyć PO, ani niezależnie od tego, czy zlikwiduje w swojej strukturze gimnazja, czy nie – czego z kolei domaga się PiS) i tak pozostanie – w opinii Profesor Środy – „wylęgarnią stereotypów” i „zbiorowiskiem szkodliwych polskich mitów”. A gdyby i tego było za mało, pozostaje jeszcze przekonanie, że polska szkoła „czyni młodych ludzi bezradnymi wobec problemów i wyzwań współczesności”. Wychodzi więc na to, że jest po prostu – do niczego!
No i można o edukacji jeszcze w innym tonie. Na przykład tak, jak podczas ostatniego Samorządowego Kongresu Oświaty, gromadzącego na Stadionie Narodowym oraz w Pałacu Kultury i Nauki setki reprezentantów rozmaitych władz, instytucji i organizacji. Kilka dyskusji panelowych, dziesiątki wystąpień, zapytania do rządu, a nawet inicjatywa ustawodawcza z ponad 210 tysiącami podpisów (w sprawie, rzecz jasna, finansów).
- Nie jesteśmy zadowoleni z jakości nauczania w naszych szkołach. Wysiłek finansowy nie przekłada się na efekty nauczania. O ile wcześniej mogliśmy dofinansowywać szkoły, o tyle obecnie ograniczenia budżetowe narzucone przez Ministra Finansów uniemożliwiają nam dokładanie do edukacji i sytuacja jest dramatyczna - mówił Mariusz Poznański, Przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP, otwierając jedną z dyskusji.
[ Zwracam uwagę na to ostatnie wrześniowe wydarzenie, bo inicjatywa samorządowców nie przynosi jedynie zapowiedzi politycznego starcia z władzami rządowymi, jako taka jest też wyrazem własnej ofensywy, obliczonej na konkretne zmiany w polityce oświatowej miast, miasteczek i gmin. O tych inicjatywach wiemy zresztą nie od dziś, wydaje się jednak, że nadchodzi czas ich konfrontacji, a nawet i – realizacji.]
***
Streszczając, i oczywiście dalece upraszczając, mamy do czynienia z trzema zasadniczymi głosami na tematy edukacyjne – i sposobami opisu szkolnej rzeczywistości.
W jednym przypadku chodzi o to, by szkoła, jak każda firma czy przedsiębiorstwo, mogła być mierzalna i mogła być rozliczana. Chodzi więc głównie o wyniki i o to, aby one, jako „twarde dane”, broniły szkoły i całego systemu. To zasadniczo ma nam do powiedzenia Pani Minister, i inni zarządzający oświatą, odwołując się nieustannie do badań PISA i współczynników skolaryzacji. Jest coraz lepiej w naszych szkołach, i w całym systemie kształcenia, bo pokazują to wykresy i „twarde dane”.
Coś zgoła odmiennego mówią natomiast do nas rozmaici krytycy, publicyści czy felietoniści. Konfrontując osiągnięcia szkolne z oczekiwaniami rynków pracy, a przede wszystkim zmieniającego się świata, dostrzegają nieprzystawalność szkoły jako instytucji i niewydolność absolwentów jako uczestników życia społecznego i gospodarczego (szkoły, przy tym tempie zmian, stają się coraz bardziej anachroniczne, i nawet postępująca cyfryzacja im nie pomoże, jeśli nie dokonają zmian mentalnych, młodzi ludzie zaś coraz trudniej odnajdują się w strukturach społecznych, a zwłaszcza gospodarczych, ponieważ stosunkowo niewiele wiedzą o swoich możliwościach i predyspozycjach).
Dla obserwatorów życia szkolnego „twarde dane”, te, którymi dysponujemy, tworzą więc jedynie iluzję jakości i efektywności kształcenia. Sprawdzianem umiejętności i kompetencji młodych ludzi mają być bowiem nie średnie ze świadectw, czy punkty z testów lub egzaminów, ale faktyczne zdolności do odnajdywania się i funkcjonowania w dzisiejszym świecie. To w sposób zasadniczy zweryfikuje przyszłość, już jednak teraźniejszość pokazuje, że młodzi ludzie nie wychodzą z tej konfrontacji bynajmniej zwycięsko.
Krótko mówiąc: dane z wykresów nie znajdują potwierdzenia w naszych osobistych doświadczeniach ani tym bardziej w zderzeniu z rynkami pracy i zmieniającym się światem. Punkty, średnie i miejsca w rankingach zaklinają więc rzeczywistość, a obraz szkoły w jakimś stopniu zafałszowują.
W trzecim natomiast sposobie myślenia i mówienia o szkole chodzi zasadniczo o to, by móc ją w ogóle utrzymywać w całym systemie państwowych i lokalnych finansów. Szkoła, jako kolejna instytucja w organizmie społecznym (w mieście, w powiecie czy gminie) o tyle wygląda „dobrze”, o ile nie generuje długów czy kłopotliwych zjawisk społecznych. Wtedy może funkcjonować nieprzerwanie, niezależnie od wyników PISA czy złośliwości publicystów. Najważniejsze, by nie stwarzała problemów przy okazji rozmaitych audytów i bilansów.
Nie oznacza to oczywiście, że samorządowców nie interesuje jakość kształcenia. I oni się o nią upominają! Pod gmach Sejmu idą jednak głownie w sprawach finansowych. I zasadniczo o nich dyskutują na swoich spotkaniach czy zjazdach.
***
Minister, publicysta i samorządowiec póki co nie porozumieli się w sprawach szkoły i edukacji. Każdy powiedział to, co miał do powiedzenia i wrócił do swoich zajęć. A przecież są jeszcze kolejne strony tej rozbudowanej sceny dyskursywnej. To uczestnicy życia naukowego, badawczego, no i sami uczniowie, rodzice czy nauczyciele (nie zapominając przy tym o ich związkowych reprezentacjach). A na końcu, albo i na początku – politycy! Wszyscy chcieliby coś o szkole powiedzieć. I mówią!