Przez wiele lat wydawało mi się, że z logiką rynku nie można dyskutować. To jednak nieprawda. Ogólne przekonanie, że trzeba się bogacić i liczyć na wzrost gospodarczy, który da ludziom pracę, doprowadził do kryzysu społeczeństw i kryzysu ekonomicznego. Zasady wolnego rynku to nie jest prawda objawiona ani żadna stała. Myślenie o gospodarce podlegało i podlega zmianom.
REKLAMA
Dlatego nie zgadzam się z niektórymi tezami Michała Wąsowskiego w tekście Dlaczego nie jest "po równo". Współczesne społeczeństwo nie stoi przed pytaniem, czy wszyscy mają mieć po równo. Dziś trzeba zapobiec katastrofie, która wynika z tego, że różnice między bogatymi a biednymi są aż tak duże.
„Prawda jest taka, że ekonomicznie nie możemy być równi. Zawsze muszą istnieć biedni, bogaci i bardzo bogaci – pisze Michał Wąsowski. – Do tego dochodzi fakt, że przecież najbogatsi dają ludziom pracę i gdyby nagle rozdali swoje bogactwa, to okazałoby się, że wszyscy zostali z niczym” – dodaje. Poglądy te zaliczają się do stałego zestawu, który znamy od trzydziestu lat, i który nie poprawił jakości naszego życia.
Dwa lata temu ukazały się na polskim rynku książki, które świetnie o tym mówiły. Lektura pierwszej z nich – „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta (Czarne 2011) – po prostu otwiera oczy. Nie znam osoby, która czytała ją obojętnie. W tych publikacjach o powiększającym się rozwarstwieniu społecznym, także w rozwiniętych społeczeństwach Zachodu, padają poważne argumenty za tym, że wzrost gospodarczy nie jest – albo nie powinien być – najważniejszym celem działalności państwa.
„Przez trzydzieści lat z dążenia do dobrobytu uczyniliśmy cnotę, a dziś nasze kolektywne poczucie celu sprowadza się właściwie tylko do niego” – pisze Judt. Tłumaczy: „Materializm i egoizm współczesnego życia nie są odzwierciedleniem wrodzonych cech ludzkich. Znaczna część tego, co dziś uchodzi za naturalne, wywodzi się z lat 80. ubiegłego wieku: obsesja na punkcie gromadzenia, kult prywatyzacji i sektora prywatnego, powiększający się rozziew między zamożnymi a biednymi. Przede wszystkim jednak retoryka towarzysząca tym zjawiskom: bezkrytyczny podziw dla niczym nieskrępowanego rynku, pogarda dla sektora publicznego, złudzenie niekończącego się wzrostu. Nie możemy tak dłużej żyć”.
Richard Wilkinson i Kate Pickett w książce „Duch równości. Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej” (Czarna Owca 2011) w oparciu o masę badań dowodzą, że za załamania społeczne i gospodarcze odpowiedzialny jest właśnie wzrost nierówności.
W 2011 roku powstaje w Hiszpanii Ruch Oburzonych – wymierzony przeciw skorumpowanemu establishmentowi i domagający się socjalnego bezpieczeństwa. Na swojego patrona Oburzeni wybierają urodzonego w 1917 roku Stéphane’a Hessela, dyplomatę i weterana francuskiego Ruchu Oporu, który w cieniutkiej książeczce „Czas oburzenia!” (Oficyna Naukowa 2011) wzywa młode pokolenie, by nie było obojętne wobec otaczającej je niesprawiedliwości. Sprzedaje kilka milionów egzemplarzy. Książkę przetłumaczono na trzydzieści języków, w tym polski. Starzy politycy doprowadzili bogate społeczeństwa do kryzysu gospodarczego, a politykę wypruli z treści i wartości. Hessel domaga się ich przywrócenia.
Oczywiście, wszyscy nie będą mieli po równo. Ale dlaczego mamy zgadzać się na zastane reguły gry, w których najważniejsze są bogacenie się i wzrost gospodarczy? Przecież chciwość, chęć nieskrępowanego bogacenia się doprowadziły świat do kryzysu. Nie jest nam lepiej.
