Budził naturalny autorytet. Opanowany znosił ataki pod swoim adresem, powtarzane banały, stereotypy. Odpowiadał na nie zawsze ze spokojem, rozwagą, rzetelnie. Prawdę przeciwstawiał demagogii. Słuchając go wiedziałem, że trafiłem pod właściwy adres. Krzysztof Kozłowski (1931-2013) należał do świata, którego już nie ma.

REKLAMA
logo
Krzysztof Kozłowski w Warszawie w grudniu 2007 r. Archiwum autora

Interesował mnie już od jakiegoś czasu, sam nie wiem, od kiedy i dlaczego. Musiałem iść na to spotkanie, by go poznać. Był zimny wieczór w marcu 2006 roku. Teraz znalazłem w internecie zapowiedź tamtej dyskusji – miała tytuł „Karol Wojtyła w teczkach bezpieki” i łączyła się z wydaniem książki Marka Lasoty „Donos na Wojtyłę”. Nie pamiętam dyskutantów. Oprócz autora książki, wynika z zapowiedzi spotkania, miał w nim wziąć udział m.in. Janusz Kurtyka. A także on, Krzysztof Kozłowski.
Z grubsza biorąc w Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II w Warszawie rozmawiać miano o tym, kto i co donosił Służbie Bezpieczeństwa o Wojtyle (odbywało się to w niespełna rok po śmierci papieża). A ponieważ dyskusja zawsze musi być żywa i ktoś zostaje kozłem ofiarnym, nie było wątpliwości, że będzie nim Krzysztof Kozłowski, w domyśle ten, który odpowiednio się z SB nie rozprawił, mając ku temu okazję jako pierwszy niekomunistyczny minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.
„Nie myślałeś o konsekwencjach? Że zaczną cię oblepiać błotem? W Polsce zawsze znajdzie się spore grono amatorów tego sportu, zgoła pasjonatów…”. Nie ja zadałem to pytanie Kozłowskiemu, byłem tylko studentem na widowni. Po dyskusji spytałem go na boku, czy często spotyka się z takim przyjęciem. Odpowiedział mi tak samo jak Michałowi Komarowi na pierwszych kartach ich wywiadu rzeki: - Mogło być gorzej…
Budził naturalny autorytet. Opanowany znosił ataki pod swoim adresem, powtarzane banały, stereotypy. Odpowiadał na nie zawsze ze spokojem, rozwagą, rzetelnie. Prawdę przeciwstawiał demagogii. Słuchając go wiedziałem, że trafiłem pod właściwy adres. I że następnym musi być Wiślna 12 w Krakowie, redakcja jego „Tygodnika Powszechnego”. Postanowiłem długo nie czekać. Wraz z przyjacielem napisaliśmy artykuł, który od pewnego czasu chodził nam po głowie, i z kopią w ręku pojechaliśmy do Krakowa. Siedzieliśmy w centrum redakcji – w gabinecie K.K. – trochę niezgrabnie, bo spadliśmy tam jak z drzewa, o co tu zapytać? Nie przemyśleliśmy w pociągu, a teraz jakoś głupio… Wtedy Redaktor zaczął opowiadać historię pięćdziesięciu lat pracy w tym gabinecie, w którym stygła nam herbata. O podsłuchach bezpieki, użeraniu się z cenzurą, o wizycie Jerzego Urbana, którego trzeba było z redakcji eskortować na schodach, żeby nikt nie zrobił mu krzywdy. Nasz artykuł, z którym przyjechaliśmy, studenci trzeciego roku, Redaktor pomógł opublikować.
Że dawał szansę młodym, przekonałem się też rok później. Na pewien czas przeniosłem się wtedy do Krakowa, by zasmakować codziennej pracy w „Tygodniku”; poskrzypieć trochę podłogą, która skrzypiała pod nogami Jerzego Turowicza. Byłem dumny, że mogę pokazywać Krzysztofowi Kozłowskiemu propozycje artykułów, wszystko jedno, do publikacji czy nie. Z jego „Tygodnika” nie chciało się wychodzić, był jak dom. Miałem poczucie, że uczestniczę w czymś wielkim i niepowtarzalnym. Katarzyna Morstin, wówczas sekretarka w „Tygodniku”, ściągała mnie na ziemię, opowiadając, że cudowna konstelacja, która wytworzyła się niegdyś w tym budynku na Wiślnej, w tych pokojach, konstelacja niezwykłych ludziach, którzy się tu spotkali, rozmawiali, należy do przeszłości; ten świat przeminął bezpowrotnie.