Zuzanna Janin, "WALL", rysunek, papier ścierny, korektor
Zuzanna Janin, "WALL", rysunek, papier ścierny, korektor Zuzanna Janin Studio

Trwa cicha rocznica zakończonego właśnie tragicznie powstania. 68 lat temu na początku października 1944 w Warszawie działy się rzeczy straszne. Przez następne dni, a nawet tygodnie po podpisaniu kapitulacji trwała "likwidacja miasta": masakra, zabiajnie, gwałty, masowe wywożenie ludności, palenie, mieszkań i wysadzanie budynków. Hej, hej Warszawo! Sorry Warszawo!

REKLAMA
Urodziłam się kilkadziesiąt lat później w Warszawie, ale powstanie jakby ciągle trwało. Najpierw była wszechobecna atmosfera zastraszenia i przemilczania: nie wolno było nic o tym mówić w domu („żeby dzieci nie powiedziały czegoś w przedszkolu”), potem, dowiedziałam się, ciocia Stefa w rozpaczy szukała zabitego w powstaniu syna, nawet 20 lat po wojnie i nawet na liście więżniów łągrów na terenie ZSRR (ależ ja się bałam „Syberii”... a kto się nie bał Syberii!), że ciotki Stefa i Marysia były więźniarkami w Stutthoffie, a ciocia Mania, za pomoc Żydom w PCK dostała się w Ravensbruck, gdzie prowadzono na niej jakieś straszliwe doświadczenia, a potem kompromitowało ją UB i oskarżono niewinnie i w końcu uniewinniono, co ciotka przepłaciła utratą zdrowia, a później znowu, że kuzyn został zakatowany po wojnie w więzieniu, i że wujek Jędrek i, no i ta ciocia Mania, byli po wojnie w więzieniu polskim, co trzymano w tajemnicy przed dziećmi jeszcze długo po fakcie. A potem nie wolno było się uczyć o tym w liceum („...wymagane nie jest, kto chce może się nauczyć, ale tylko z podręcznika! Ale pytać z tego nie będę.” Ale jak się ktoś zgłosił na ochotnika do odpowiedzi, poszedł na dywanik do dyrekcji). A w końcu, kiedy jest już wolność słowa i wolna Polska okazuje się, że w środowisku, w którym pracuję od ponad 20 lat bycie z rodziny powstańczej jest obciachem, a mówienie, że ma się warszawskie korzenie – „mową nienawiści i wykluczenia”.
Dla mnie PW jest pamięcią przeklętą (no powiem to! i nie jest to żadne patetyczne wyznanie), wkurzającą, niezręczną i używaną do budowania kontr-nowoczesnej wizji miasta. Dzielącą i antagonizującą. Pułapką do manipulacji lub indoktrynacji.
Dla powstańców i współ-powstańców (cywili) z Warszawy – w naszej przechowanej, cichej, domowej historii miszkańców miasta opresyjnie okupowanego – tak różnorodnych jak całe polskie społeczeństwo wtedy, zanim zostało nienaturalnie "spłaszczone" przez Holokaust, wojnę, represje, a po wojnie: emigrację, od-sowiecki aparatczykowski system para-totalitarny... Dla tych, którzy nie wyświechtują dziś (i nie wyświechtali wówczas), słów: patriotyzm, wartości. Dla spadkobierców walczących mieszkańców pochodzenia polskiego, żydowskiego, niemieckiego, francuskiego, litewskiego, łotewskiego, (ba, kurlandzkiego), rosyjskiego, mołdawskiego, szkockiego i wszystkich innych - którzy mieszkali w Warszawie przed i w czasie wojny... Dla wszytskich miejskich obywateli o poglądach „od prawa po lewo”... Dla mniejszości. Dla kobiet. Dla dzieci. Słowem dla tych wszystkich, którzy mieszkali wtedy w Warszawie – wydaje się, że nie ma w tej historii miejsca... stali się przezroczyści, stali się tłem, przerzucanym sobie przez fikcyjne barykady dzisiejszej polityki. Ale dziś to właśnie do nich z powrotem należy nowoczesna Warszawa i do nich powinna należeć też historia i pamięć tego miasta.
logo
"POLISH!" okładka wg "Powstanie Warszawskie" Piotra Uklańskiego. Wybór 37 wybitnych artystów polskich, m.in.: P.Althamer, M.Balka, C.Bodzianowski, Z.Janin, K.Kozyra, R.Kusmirowski, D.Lejman, W.Sasnal, M.Sosnowska, P.Uklanski; wyd. Hatje Cantz & Zak Brani Zuzanna Janin Studio
Ktoś mógłby powiedzieć, że w swojej sztuce nie zajmuję się bezpośrednio historią a tym bardziej historią PW... Oczywiście, że nie. Oczywiście nie tak, jak się mówi o PW i jak się pokazuje PW! A jednak – zajmuję się wspólczesnością, a moje prace dotykają pamięci, a więc także historii. Nieoczywistej. Prywatnej i wspólnej. Wizualizowanej inaczej. Bez nostagii, bez resentymentu i bez narracji. W swojej pracy zajmuję się przestrzenią, pamięcią, czasem, stanami i zdarzeniami "pomiędzy”, a PW ze swoją "niedomkniętą historią", takim stanem "pomiędzy" właśnie jest, w moim oglądzie świata. Jest rozpięte między klęską a wygraną, między wywyższeniem a poniżeniem, między „musiało wybuchnąć” i „nie powinno”, między nadużywaniem i eliminowaniem... między miastem żołnierzy i miastem obywateli, między walczącymi a odbudowującymi.
logo
Zuzanna Janin, "Brzuchy", (Julia, Olga, Melania, Agnieszka, Zuzanna, Krystyna, Hanna, Janina), 1995-1997 Zuzanna Janin Studio
Jednocześnie nie będę udawać, że jest fajnie być "dzieckiem PW". No, jest to dość opresyjne, żeby nie powiedzieć wkurzające... Wizerunek PW jest zawłaszczony, upolityczniony, zagarnięty i ma bardzo regresyjną energię dzielącą ludzi, i ja się z nim nie utożsamiam. Jednak wszystkiego nie da się powiedzieć. Dlatego dziś właśnie postanowiłam (tak trochę inaczej...), opisać spotkanie z prywatną historią – z moją historią wnuczki, córki, kolejnego pokolenia warszawiaków, które tworzy dziś to miasto. Historią jednej rodziny. Historią, którą narzuciło mi to miasto.
Janina z Hanią i Jankiem:
Hania i Janek mieszkali ze swoją mamą – moją babcią Janiną niedaleko ulicy Bielańskiej tuż przy wschodnim murze Getta w 6 pokojowym mieszkaniu z dwoma wejściami, (dziadka aresztowało NKWD w Wilnie i następnie przetrzymywano i torturowano na Łubiance, do czasu wydostania go przez gen. Andersa. Wrócił do domu przez ówczesną Persję i Egipt w 1947). W jednym z pokoi za szafą Babcia ukrywała żydowskie dzieci, wyprowadzone z pobliskiego Getta, drugi pokój często oddawany był potrzebującym z konspiracji, a także ukrywającym się lub rannym członkom podziemia, którymi wówczas babcia i ciotka opiekowały się na zmianę. Pozostałe przeznaczone były dla rodziny: zajmowała je Babcia Jasia i jej dwojka małych dzieci, Hania (moja ciocia), Janek (mój tata) oraz przyjeżdżający spoza Warszawy członkowie rodziny. W czasie wojny, aby utrzymać dzieci Babcia produkowała kapelusze, szyła ubrania, wykonywała poprawki krawieckie. Po powstaniu podobnie jak większość ludności cywilnej Warszawy została wraz z dziećmi pognana do obozu tymczasowego w Pruszkowie, skąd wywożono ludność do niemieckich obozów. Babcia, która zdawała sobie sprawę, że kuzynki i przyjaciółki zostały wywiezione do obozów śmierci, robiła wszystko, by opóźnić swoj ewentualny odjazd, symulując chorobę swoją i dzieci, więc przeniesiono ją do grupy zakaźnie chorych na obrzeżu (hala nr 8), skąd pod osłoną nocy uciekła przez ogrodzenie i na piechotę, niekiedy czołgając się godzinami pod ostrzałem (z dwójką małych 9 i 7 lat, dzieci!!) przedostała się do rodzinnego domu swoich dziadków pod Łodzią.
Nelly z Marysią i Kostkiem:
moja Babcia Nelly, pochodziła z polsko-niemieckiej rodziny, przed wojną studiowała filozofię w Warszawie, której nie skończyła z powodu braku pieniędzy. W czasie okupacji w mieszkaniu na Powiślu prowadziła komplety. Niekiedy zadaniem malutkiej Marysi (mojej mamy) było stanie na czatach – czyli obserwowanie ulicy przez okno, czy nie pojawią się Niemcy. W czasie wojny Nelly, jej mąż Tadeusz, pseudonim Uszycki i syn Konstanty pseudonim Lech, byli w konspiracji. Początkowo w partyzantce w terenie, potem w Warszawie. Cudem udało jej się wydostać z łapanki, jako osobie doskonale mówiącej po niemiecku, a dokładnie dzięki oficerowi, „dobremu Niemcowi”, który zobowiązał ją do wyrobienia sobie karty folksdeuchckiej, której jednak nigdy nie wyrobiła... (gdy byłam mała dziewczynką nie pozwalała mi pisać „niemcy” i „hitler” z dużej litery, i mówiła, że wstydzi się za Niemców za faszyzm i nigdy nie wolno wspominać jej niemieckich korzeni). W czasie okupacji wraz z dziadkiem rotacyjnie przechowywali Żydów – do tego celu jedno z pomieszczeń zostało przerobione w taki sposób, że drzwi do odizolowanego pokoju zastawiono umocowaną do ścian szafą, przez którą można było wejść do środka i dostarczyć jedzenie i wodę. Obok domu dziadzio prowadził „zakład mechaniczny”, w którym babcia także zajmowała się "papierami" oraz organizację pracy dla kolegów z konspiracji, którym potrzebne były dokumenty o zatrudnieniu. Dzięki warsztatowi, można było jakoś przeżyć i pomóc rodzinie, choć pod osłoną "usług elektryczno-mechnicznych” opracowywano m.in. nadajniki radiowe (dziadek był inżynierem-wynalazcą), które w czasie akcji dywersji nadawały polskie ogłoszenia przez niemieckie „gadały” na mieście.
W czasie powstania mąż i 19letni syn Babci Nelly walczyli razem w 5. kompanii batalionu Tum w Zgrupowaniu "Kryska" na Powiślu. Babcia, prowadziła w mieszkaniu punkt opatrunkowy oraz była współodpowiedzialna za organizację zbiórek, a także kierowała punktem przekazywania i przechowywania zdobytej broni. Po PW, obaj powstańcy nie wrócili – zepchnięci nad rzekę wraz z innymi walczącymi, niemal śmiertelnie ranni (Dziadzio z roztrzaskaną twarzą, dodatkowo zaraził się durem brzusznym, więc stan jego był fatalny, Kostek ranny w głowę rykosztem trzymał się najlepiej i niósł ojczyma na plecach). Razem przedostali się cudem na drugą stronę Wisły pod ostrzałem radzieckim, dzięki pomocy berlingowca – przyjaciela Dziadka ze studiów na Politechnice. Kostek wrócił na Powiśle, ale zastał mieszkanie puste i spalone.
Marysia z mamą zostały zabrane przez Niemców z domu, pognane do obozu przesiedlenia w Pruszkowie, gdzie brudne, głodne, zawszone i przerażone załadowano do wagonu bydlęcego do Oświęcimia. Pociąg (a właściwie tylko ostatni wagon, odczepiony w udanej akcji partyzanckiej), został odbity przez partyzantów około 100 km na południe od Warszawy i Nelly z kilkuletnią córką spędziły wraz z innymi odbitymi cywilami z transportu parę dni w lesie, potem w pobliskich wsiach i ocalały.
Stefa z Wojtkiem i Marysią:
Wojtek, mój nigdy nie poznany Wujek w dniu wybuchu powstania nie miał jeszcze skończonych 16 lat. Jego ojciec, pochodził z polsko-żydowskiej rodziny, (jego ojciec, z kolei, był dyrektorem LO im. Władysława IV), przebywał w obozie internowania w Rumunii i nic o Powstaniu nie wiedział do powrotu w 1945; mama Wojtka – Ciocia Stefa, która została w Warszawie sama z dwójką dzieci, aby zarobić na życie szyła i sprzedawała filcowe kapcie oraz wykonywała inne drobne prace. Prowadziła także komplety w swoim mieszkaniu na Mokotowskiej. W czasie zajęć, kilkuletnia Marysia miała za zadnie obserwować ulicę. Wojtek (15 latek), nic nie mówiąc rodzinie, po prostu wyszedł do powstania - oszukał dowództwo batalionu, co do swojego wieku ... i został wciągnięty batalionu Odwet II, jako... 19-latek. Pseudonim Junak, zginął 6 sierpnia na ul. Langiewicza na Mokotowie (V Obwód (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - 4. Rejon - II batalion szturmowy "Odwet" ("Odwet II") - 1. kompania.)
Po zakończeniu powstania, nieświadome śmierci brata i syna - Marysia z mamą Stefą, jak większość cywili zostały zabrana z domu i pognane na piechotę do Pruszkowa. Straszliwy głód, straszny widok, wszy, płacz, przerażenie, wagon bydlęcy. Załadowano je do pociągu do niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthoff KL (Sztutowo). Przebywały tam do końca wojny. Wyzwolone w 1945 przez Szwecje i Niemcy, wróciły do spalonego i oszabrowanego niemal doszczętnie domu w Warszawie.
Janka z Zosią:
W czasie wojny Zosia mieszkała w Warszawie z mamą Janką - jej tata, wujek Jędrek, powołany do wojska we wrześniu1939, walczył w wojnie obronnej, dostał się do niewoli i spędził cała wojnę w oflagu, jako więzień wojenny. Zosia musiała pracować, aby pomóc swojej niezbyt zaradnej mamie i włączyła się też wbrew mamie w działania konspiracyjne w Szarych Szeregach, m.in. przechowywała w domu odbiornik radiowy (za co groziła kara śmierci). W czasie powstania miała 14 lat: była łączniczką i m.in. brała udział w udanej akcji obrzucenia butelkami z benzyną niemieckich samochodów opancerzonych na Marszałkowskiej. Po powstaniu udało się jej ukryć w gruzach, uniknąć aresztowania i wywózki i zostać w Warszawie. Mieszkanie jednak spalono i całkowicie oszabrowano.
Leszek i ciotka Henia
Leszek w momencie wybuchu wojny był świeżo upieczonym maturzystą, mieszkał w "domu bez kantów" na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Podczas jednego z pierwszych z bombardowań, znalazł się w jakiejś piwnicy. Musieli spędzić tam noc - ...Leszek z dziewczyną w oddalonym kącie... To był jego pierwszy raz. Nie spotkali się więcej, a dziewczyna zginęła w PW. Leszek uważał, że ciotka Henia, która myślała, że nie przeżyją bombardowań i specjalnie im to zaaranżowała… W czasie okupacji, Leszek przez zieloną granicę przedostał się do Londynu, gdzie został wcielony do Cichociemnych. Zrzucony pod koniec lipca1944 w operacji Most III, dostał się do Warszawy, gdzie w czasie PW był odpowiedzialny za łącznictwo. Mówił, że misją była straszna - przy swoim nadajniku bał się przeraźliwie, zdając sobie sprawę, jak łatwo sygnał nadawczy może być namierzony przez hitlerowców. Po powstaniu przedostał się ponownie do Londynu. Po wojnie skończył tam studia, zamieszkał w Kanadzie. Do Polski przyjechał dopiero w latach 80. Potępiał nauki JPII. Uważał, że są wsteczne i nie przystają do nowoczesnego świata.
Tadeusz:
Dziadek Tadzio nigdy nie mówił o powstaniu, ciężko było dowiedzieć się czegokolwiek, oprócz opowieści o lekko zniekształconym policzku, na skutek postrzału i ponad 40 odłamkach, które utkwiły mu w twarzy. Kiedyś jednak, udało mi się namówić go do wspomnień, opowiadał w szczególach, o młodym Kostku i innym walczącym smarkaczu, których dodatkowo musiał osłaniać na Powiślu, (walczył w randze strzelca, ale po śmieci dwóch kolejnych dowódców, mianowano go dowódcą grupy, jako najstarszego i tego dnia 13.09 - został też ranny), o Ukraińcu, który strzelił do niego, o Armii Czerwonej "przedostałem się na Pragę cudem - strzelali do nas jak do kaczek", o niezwyklej gospodyni z Pragi, która wyleczyła go z czerwonki obierkami z ziemniaków... ale tak naprawdę ważne było tylko jedno, co powiedział mi ze smutkiem (nie, nie był ani troche sentymentalny, czy patetyczny): “To nie tak miało być... Był rozkaz – walczyliśmy. Wierzyłem, że dla was, dla dzieci, dla wnuków, żebyście wy byli szcześliwi. Ale nie o taką przyszłość...” Nigdy nie zapomnę tego smutku – “…nie o taką Polskę...” no i potem była "lepsza Polska", ale... on pierwszy w domu użył słowa "oszołomy"... i bardzo był milczący i smutny, wtedy też...
logo
Zuzanna Janin "Portrety trumienne", 1995-1997, kolekcja Galeria Zachęta Warszawa Zuzanna Janin Studio
Nie interesują mnie tytuły, medale, odznaczenia i stanowiska powstańców - chciałabym odebrać powstanie / historię politykom i oddać naszej prywatnej historii. Takiej jaką była naprawdę i jaka przetrwała niesformatowana, niezideologizowana w domach, w rodzinach. Nie chodzę na cmentarze, nie zapalam świeczek, nie składam wieńców, nie demonstruję swojego patriotyzmu poprzez to nieszczęsne powstanie i moją całą rodzinę biorącą w niej udział pod każdym względem. Staram się tworzyć to, o co oni walczyli i ginęli - szczęśliwwe, radosne, bezpieczne, dobre miejsce na ziemi, fajne przyjazne, mądre i nowoczesne. Pamiętam i realizuje to, o co oni/ONE walczyli/walczyły (a raczej, w co ich wciągnęło to miasto i historia tego miasta). Wolę patrzeć, jak ma być fajne dziś, jakie będzie szcześliwie jutro, jeśli będę mogła zmienić na lepsze i unowocześnić życie i otoczenie i to miasto. Pracuję na rzecz nowoczesnej kultury i sztuki. Robię swoje prace, biorę udział w wystawach, współtworzę galerię sztuki współczesnej w Warszawie i jej filię w Londynie i Fundację działąjącą na rzecz sztuki współczesnej. Cieszę się życiem, zabawą i radością. Powiem wprost - bliższy mi Uniwersytet Krytyczny KP i krytyczna analiza historii, niż trollowe, kolektywnie głupkowate krzyki i mruki pseudo-„patriotów” nakręcających agresję i brak tolerancji, wolę kolektywy alarmujące o nieprawidłowościach lokalnych niż wsteczne, nepotyczne gusty tyleż pretensjonalnych co kuriozalnych "neo-sarmatów", bliżej mi do miłośników równości, nowoczesności i rozwoju, miejskich stowarzyszeń wspierających kulturę i czytelnictwo oraz ruchy prospołeczne i równościowe niż do naśladownictwa megalomańskiego, niesamodzielnego myślenia dzisiejszych "post-sarmatow" i "nowo-sarmackich"*. Więcej widzę prawdy o traumie, zagrożeniu, śmierci i wojnie w zdefromowanych rzeźbach Aliny Szapocznikow czy kompulsywnych obiektach Erny Rosenstein i traumo-surrealistycznych obrazach Marii Anto (dziewczynki, ocalonej przez partyzantów: która przeżyła powstanie, obóz w Pruszkowie i noce w lesie), niż w pateczynych niby-postańczych muralach, chłopaczkowych rekonstrukcjach i prostackich strzelankach. Więcej zrobi dobrego dla życia warszawiaków festiwal Warszawa w Budowie organizowany przez MSN niż zawłaszczające historię czy trywializujące i infantylizujące tragedie pisemka i rzeźby, pokazane niefortunnie np. na wystawie "Sztuka Narodowa" (ani to sztuka, a po co narodowa), w tym samym MSN.
Oczywiście 11 listapada pójdę na Kolorową Niepodległą (jeśli będzie), wspierać myślenie o nowoczesnej, wesołej, kolorowej i bezkrwawej Polsce, a nie na wspierający neo-faszystów i skostniałe, wsteczne idee sformatowany "prawicowy" marsz 11 listopada, nawet jeśli znajdą się tam zagubieni w historii koledzy moich kuzynów i dziadka z PW. O nie!

[a tu był świetny komentarz – link do Maria Peszek "Sorry Polsko", ale został "removed by user". hym... szkoda... może uda się tego jakoś posłuchać / zalinkować w przyszłości... polecam]

tylko tekst:
http://www.teksciory.pl/maria-peszek-sorry-polsko-jezus-maria-peszek-tekst-piosenki,t,637095.html
+zamiast tego prace Szapocznikow i Anto:
logo
Alina Szapocznikow, "Belly Caushion", 1968 dwutygodnik.com

logo
Maria Anto "Autoportret", 1969, archiwum prywtne
i jeszcze fragment komiksu "Departament propozycji" z festiwalu Warszawa w Budowie MSN:
logo
Warszawa w Budowie / departament propozycji Żoliborz Warszawa w Budowie / Muzeum Sztuki Nowoczesnej

logo
Warszawa w Budowie / departament propozycji Żoliborz Warszawa w Budowie / Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Nie byłam nigdy w Muzeum Powstania – czemu? – bo to nie jest moje/nasze muzeum. Nie wspiera nowoczesności, wyklucza moją/naszą historię, nie buduje nowej, nie porządkuje wartości, lecz je zagarnia i następnie wypluwa, pozwalając je dewaluować ludziom patrzącym ciągle „do tyłu”, pustej, chamskiej łobuzerii, która się żywi ikonami wyprodukowanymi przez to miejsce. To muzeum propagandowe, zarządzane nieuporządkowanym kulturowo emocjami, które nie spełnia misji nowoczesnego miasta.... Przykro mi – to powstanie przeklęte... a przekleństwo wlecze się, pełza po pokoleniach i przenosi się na wszystkich dziś mieszkających w Warszawie: zarówno tych „od pokoleń” jak i tych przyjezdnych, nowych mieszkańców – wszyscy jesteśmy przeklętymi powstańcami.
MPW to także ciągnąca się do dziś demonstracyjna na zewnątrz i kultywowana wewnątrz (nie bez wpływu na macho-obciachową kulturę obecną też w mediach), arogancja wobec bohaterek bez stopnia, tytułu i bez broni, zapomnienie i wykluczenie kobiet, cywili, mniejszości, których lokuje się na „zapleczu” "od-męskiej" tradycji walki z bronią. A z drugiej strony, tak naprawdę przekazanie im właśnie wszystkich możliwych traum i odpowiedzialności za błędy. Powstanie to – o czym nie mówi się w poniżaniu i wywyższaniu powstania – ci, co przeżyli, następne pokolenia przechowujące w pamięci, nie dającą się zanegować siłę niezgody na opresję, ale też traumę powojenną i powstaniowej klęski: koszmary, strachy, lęki, fobie przenoszone z pokolenia na pokolenie... Tak więc lista strat, to także życie powojenne warszawiaków tych rdzennych i przybyłych, na których przenosi się propagandę wykluczenia, choć oni ponoszą konsekwencje historii tego miasta, wspólnie odbudowują i budują to miasto. To historia ocalonych, w tym oczywiście ocalonych po powstaniu dzieci i bardzo młodych ludzi, dzięki bohaterkom matkom-kobietom samotnie walczącym o przetrwanie, które musiały stawić czoło opresji, głodowi, strachowi, samotności, łącznie z odpowiedzialnością za tajną edukacją w okupowanym kraju i nieuniknioną stratą dzieci, braci, sióstr, mężów i kochanków, biorąc odpowiedzialność za to wszystko, co działo się wokół. A po wojnie wyciśnięcia z tego przeklętego zrywu, tego wszystkiego, co ma potencjał, by zmienić świat na lepszy. Bez krwi, bez traumy, bez szabelki i biało-czerwonej sztampy – bez resentymentów i nostalgii – na fajny, szczęśliwy, wesoły, kolorowy, nowoczesny. I chwała im za to.
logo
Zuzanna Janin "Brzuchy" (Janina, Hanna, Krystyna, Zuzanna, Agnieszka, Melania, Olga, Julia), 1995-1997, Kolecja Galerii Zachęta Warszawa Zuzanna Janin Studio
SPOTKANIE:
W tej notce ... w tym obozie Dulag 121 Pruszków, po Powstaniu Warszawskim w październiku 1944 spotkali się mój 7 letni tata i moja 7 letnia mama, nic jeszcze o sobie nie wiedząc i zostali ocaleni dzięki szczęściu i odwadze swoich skazanych wówczas tylko na siebie matek, cudem unikając śmierci i tragicznego losu w obozach zagłady.