Grupa naTemat

Satyryk Daukszewicz wędkarskim oligarchą? Przejął jezioro, wprowadził karty wędkarskie za 2500 zł. "Lubię wędkować sam"

Satyryk Krzysztof Daukszewicz na swoim ulubionym jeziorze Kośno. Lokalni wędkarze mówią, że chce zawłaszczyć rezerwat dla siebie i towarzystwa.
Satyryk Krzysztof Daukszewicz na swoim ulubionym jeziorze Kośno. Lokalni wędkarze mówią, że chce zawłaszczyć rezerwat dla siebie i towarzystwa. fot. Tomasz Waszczuk/ Agencja Gazeta
Przez takich jak Krzysztof Daukszewicz na Mazurach powszechnie nie lubi się "warszawiaków i krawaciarzy". Lokalni wędkarze grzmią, że na 30 lat przejął jezioro, nad którym mieszka. Wprowadzono tam zaporowe opłaty, by inni nie mogli łowić.

Daukszewicz uchodzi za warszawiaka, bo choć urodził się w Wichrowie pod Olsztynem i mieszkał w Szczytnie, to teraz najczęściej można go zobaczyć jako komentatora w programie "Szkło Kontaktowe" w TVN24. Od niedawna znany jest też z czegoś innego. W wywiadzie dla "Polska The Times" pochwalił się, że od tego roku na 30 lat został współwłaścicielem jeziora rezerwatu Kośno w gminie Purda (woj. warmińsko-mazurskie).


Nad Kośnem satyryk od dawna pomieszkuje.Lubi opowiadać jak to idzie na "swoje jezioro", zasiada na łódce z bacikiem, a wkoło nikogo: – Bywają więc dni, kiedy na tym jeziorze jestem sam. Spływam wieczorem, księżyc "siedzi w wodzie", wokół latają ptaki, to mam takie wrażenie, jakbym to ja był panem nieba i ziemi.

Teraz już na pewno będzie sam. Stowarzyszenie Ekologiczne Łajs 2000, z którym Daukszewicz jest związany od stycznia przejęło w dzierżawę kilka popularnych w regionie jezior: Łajskie, Purda i Kośno. W tym ostatnim wprowadzono jedne z najwyższych w Polsce stawek za amatorski połów ryb: 1500 zł za sezon (czerwiec, październik) i 2500 zł za kartę VIP.

Lokalni wędkarze już ostrzą na niego haczyki. Pierwszy wygarnął satyrykowi ksiądz Jan Rosłan z Kurii Warmińskiej. – Nowy dzierżawca dąży do tego, aby zewnętrzni wędkarze się tu nie pojawili. Kto zapłaci 1500 zł, jak chciałby powędkować dzień czy dwa? – pisze oburzony ksiądz-wędkarz. Dodaje, że nie można wykupić zezwolenia okresowego na jeden dzień czy tydzień, jak to jest u innych dzierżawców.


Krzysztof Daukszewicz występuje w lokalnej "Gazecie Olsztyńskiej" jako zapalony ekolog, który ratuje przyrodę spustoszoną przez rybaków. Prawo dzierżawy odebrano im z powodu nierealizowania planu zarybień.

Leszcze będą jeszcze
– Nie czuję się oligarchą. Mocno mnie ten wydatek uderzył po kieszeni. Chcemy tylko pozbyć się z jeziora tych klasycznych killerów, którzy każdą rybę wrzucają do worka, nie patrząc na wymiary i okresy ochronne – mówi naTemat Krzysztof Daukszewicz.

Opowiada, że po wyrzuceniu poprzedniego dzierżawcy, jezioro mogło być przejęte przez dzierżawcę ze złą opinią, który pustoszy jezioro rabunkową gospodarką. Dlatego teraz skrzyknął się ze znajomymi i złożyli dość wysoką ofertę Regionalnemu Zarządowi Gospodarki Wodnej.

Stawki za dzierżawę nie są może zawrotne - to kilka tysięcy rocznie. Daukszewicz i stowarzyszenie chcą jednak tam stworzyć wędkarski raj zarybiając jeziora węgorzem, szczupakiem i sandaczem. – Tona narybku węgorza kosztuje ponad 350 tys. zł, stawki za pozwolenia musiały pójść w górę – tłumaczą. Dodatkowo Kośno to rezerwat, gdzie liczba zezwoleń jest limitowana do 70 na rok.

Jednak wielu wędkarzy to nie zadowala. U Piotra Fenickiego, innego znanego w regionie prywatnego zarządcy kilku jezior pozwolenie na sezon kosztuje 100, góra 250 zł. Fenicki twierdzi, że zarybia jeziora i bez drakońskich podwyżek wychodzi na swoje łącząc dochód z połowów i wędkarzy.


Na bezrybiu i NIK ryba
Według Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Warszawie na Warmii i Mazurach jest już ponad 60 prywatnych dzierżawców jezior. Każdy z nich wprowadza własny regulamin i stawki za połów. Co oznacza, że wędkarz, albo skazany jest na jedno jezioro, albo u każdego z osobna zostawia sporo gotówki. – Jeziora jako dobra narodowe muszą być dostępne dla każdego, nie tylko dla gości z wypchanym portfelem – uważa Rosłan.

Warmińsko-mazurskie jeziora są pustoszone od lat - wynika z tegorocznego raportu Najwyższej Izby Kontroli. W 2003 roku odławiano prawie 13 kg ryb z hektara rocznie, teraz ledwo 8 kg. Gospodarze już tylko 30 procent dochodów czerpią ze sprzedaży ryb, wolą sprzedawać karty wędkarskie - 11 mln zł przychodu rocznie. Ale łowić nie ma czego. Zarybianie jest drogie, a zasoby dodatkowo wyżerają kormorany.

Warszawskie hordy
Do ostatnich klęsk, które nawiedzają mazurskie jeziora NIK zalicza właścicieli domów letniskowych. Na masową skalę zabudowują brzegi jezior, a w drugiej kolejności stawiają płoty do samej wody. Następnie budują pomosty, i to jak: na 122 skontrolowane wyrywkowo obiekty, 120 zbudowano nielegalnie. Na koniec urządzają plażę zasypując piachem płycizny będące miejscem tarła ryb. W ten sposób nawet smażalnie położone nad jeziorami oferują produkty pochodzące z sieci handlowych, a nie rybackich.

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
MazuryPrawo
Skomentuj