
Feministka Katarzyna Bratkowska zaangażowała się w organizację inscenizacji "Morze krwi", której autorem jest dyktator i "Ukochany Przywódca" Korei Północnej Kim Ir Sen. Aktywiści z lewicy są oburzeni. Napisali list otwarty, w którym zarzucają jej współpracę z pracownikiem północnokoreańskiej bezpieki i "wysługiwanie się reżimowi". "Ludzie, których nie brzydzi współpraca z północnokoreańską bezpieką, sami postawili się poza szeregami demokratycznej lewicy" – przekonują.
Przedsięwzięcie wzbudziło spore emocje na lewicy. Na stronie Lewica.pl opublikowano list otwarty, pod którym podpisali się m.in. działacze Zielonych, Polskiej Partii Socjalistycznej i Krytyki Politycznej. Wynika z niego, że "Morze krwi" to opera nie tylko o rewolucyjnym i feministycznym przesłaniu. "Jest niczym innym, jak apoteozą ideologii Dżucze" – piszą sygnatariusze.
"Nie wiemy, czy polscy miłośnicy i miłośniczki dzieł Kim Ir Sena motywowani są złą wolą czy po prostu zwyczajną głupotą - i nie chcemy tego dochodzić. Mamy jednak świadomość, że kompromitujące działania osób określających się jako lewicowe rzutować będą na opinię całego środowiska. Reprezentujemy różne ugrupowania, ale łączy nas sprzeciw wobec praktyk totalitarnych - bez względu na ich zabarwienie ideologiczne. Chcemy powiedzieć wspólnie: potępiamy wysługiwanie się północnokoreańskiemu reżimowi" – brzmi fragment ich listu.
Jest mi strasznie smutno, że trzeba tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. Mam nadzieję, że Katarzyna Bratkowska zrozumie, że nie powinno się w ten sposób postępować, bo wspiera władzę autorytarną i faszystowską. Natomiast oczywiście nie będziemy organizować żadnych akcji. Mamy wolność sztuki i ekspresji.
Na próbach pracownik bezpieki?
Duże zastrzeżenia budzi też fakt, że przy próbach do inscenizacji Bratkowska i inni organizatorzy współpracowali z pracownikami ambasady Korei Północnej. "Próby wizytowane były przez notabli północnokoreańskiego reżimu: „attaché kulturalnego” Ri Chun Su oraz zastępcę ambasadora Kim Ju Doka. Ten pierwszy to w rzeczywistości funkcjonariusz północnokoreańskiej bezpieki, zajmujący się m.in. handlem półniewolniczą pracą koreańskich robotników" – czytamy w liście otwartym.
"List dowodem nieuctwa"
Co na to Bratkowska? – Nie będę dyskutowała z partyjnymi politykami, którzy odtwarzają postawę prawicy wobec „Golgota Picnic”. Nie pofatygowali się na przedstawienie, a jednak napisali list. Czy następnym razem staną w pikiecie, zamiast przyjść na przedstawienie? Część z nich to osoby, z którymi mogłabym współpracować w sprawach priorytetowych, ale mnie generalnie opinie rozmaitych partii nie interesują. A tam podpisali się ludzie, którzy uprawiają działalność partyjną i przez to nie mogą już być (o ile byli kiedyś) intelektualistami – komentuje.
Polityka wymaga drastycznych uproszczeń, by nie rzec prostactwa. Poza tym to nie są żadne „środowiska lewicowe”, tylko partia Zieloni i satelity z kręgu jej sojuszu politycznego. Masa osób na pozaparlamentarnej lewicy jest oburzona faktem opublikowania takiego listu.
Jak twierdzi, list lewicowców jest dowodem nieuctwa, a bzdurą jest stwierdzenie, że "Morze krwi" to apoteoza doktryny Dżucze.
„Morze krwi”opowiada o latach 30. i walce Korei z Japońskim okupantem, wyjątkowo krwawym, w tytule nie ma przesady. To są czasy sprzed podziału Korei. Część pieśni powstała właśnie w latach 30. Potem, po latach, Kim Il Sung napisał powieść,a być może nie, być może tylko mu się przypisuje autorstwo, jako Welkiemu Wodzowi.
Ale nadal opera nie ma nic wspólnego z polityką krajową i zagraniczną KRLD, ani z ideą Juche, ani z polityką Songun. Jej tematem jest walka o wolność, ale połączona z walką o równość, w tym równość kobiet. Jest operą rewolucyjną i feministyczną. I bardzo wzruszającą. Nawet jakby ktoś się uparł, to nie znajdzie tam cienia pomysłu na totalitarne rozwiązania.
Jeśli chodzi o współpracę z pracownikami ambasady, jej zdaniem doniesienia mówiące o pracy jednego z nich w bezpiece są nieprawdziwe. Feministka powołuje się przy tym na publikacje dziennikarza Grzegorza Wacłowskiego, który "podważył źródła i warsztat dziennikarski" autorów tekstu w "GW".
Jaki ma stosunek do Korei Północnej? Niejednoznaczny, "jak każdy stosunek myślącego człowieka do czegokolwiek". – Żeby zdobyć jakąkolwiek wiedzę, trzeba wyjść poza filtr amerykańskiej i zachodniej propagandy. Opowiada się wiele bzdur, które potem nie znajdują żadnego potwierdzenia, ale co z tego, skoro już się to akurat zapamiętało. Jednak i tak swoją wiedzę czerpiemy głównie z zachodnich antykoreańskich publikacji. Tyle że jak wszystko inne, czytamy je z pewnym dystansem krytycznym, odsiewamy ziarno faktów, od plew emocji. Ludzie jednak czytają, czy oglądają dokumenty, nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, tylko po to, żeby znaleźć potwierdzenie dla swoich emocji – ocenia.
W przypadku części doniesień nie wiadomo, czy są prawdziwe. Tego też staramy sie dowiedzieć. Nie jestem jednak partyjniakiem i nie muszę składać deklaracji politycznej: „wyrażam potępienie” albo „wyrażam solidarność”. Wciąż na temat Korei Północnej wiemy bardzo niewiele. Zainteresowania nie oznaczają poparcia, zawsze wymagają krytycznego i podejrzliwego podejścia. Z czym tak naprawdę walczą tu sygnatariusze listu i dlaczego – usiłowałam się od nich dowiedzieć, niestety poza paroma komunałami, nie mają nic do powiedzenia w tej sprawie, bo po prostu się na tym nie znają.
