Szlachetność kontra radość życia, czyli wstęp do treningu przyjemności

W szkole uczyliśmy się sporo o szlachetności, czytaliśmy o bohaterach. Mam jednak wrażenie, że społeczeństwu przydałyby się też korepetycje z przyjemności i radości życia.
W szkole uczyliśmy się sporo o szlachetności, czytaliśmy o bohaterach. Mam jednak wrażenie, że społeczeństwu przydałyby się też korepetycje z przyjemności i radości życia. http://katharinageber.tumblr.com/
Wyrzeczenia, konsekwencja, wytrwałość, poświęcenie, osiągnięte z trudem cele. To powody do dumy. Szanujemy ludzi, którzy do celu dochodzili ciężką pracą. Podoba nam się taka wytrwałość, poświęcenie. Kulturowo jesteśmy tak wykształceni, że uważamy takie cechy za bliskie bohaterstwu, które jest już w ogóle najwyższym stopniem szlachetności.

Nasłuchałam się historii o ludziach pracujących na dwa etaty, żeby wyżywić rodziny i o firmach, których założyciele pracowali na pożyczonych laptopach, żeby później zatryumfować na giełdzie. Wszystkim bym chętnie przybiła piątkę i uważam, że owszem mają powody do dumy.



Jednocześnie, mam wrażenie, że wszyscy już jesteśmy tego bohaterstwa nauczeni, że już w szkolnej ławce mieliśmy wiele okazji, żeby taki model zachowania przyswoić i zaakceptować jako szlachetny, potrafimy mówić o cierpieniu, przeżywać życiowe tragedie (och, te wszystkie szkolne lektury!) i nawet czasem trochę przesadzać. Niespecjalnie dobrze idzie nam z radością życia i przyjemnościami. To trochę mniej "szlachetne" piszczeć z radości i skakać pod sufit z powodu wygranej w konkursie, niż ze smutną powagą przyjąć porażkę. Takie piszczące osoby wydają nam się dziecinne i śmieszne.

Tymczasem one zwyczajnie mają taki sposób wyrażania radości. A w zasadzie - po prostu mają jakiś sposób wyrażania radości. Jaki macie wy? Kiedy jest nam smutno płaczemy, kiedy jesteśmy wściekli krzyczymy. A kiedy jesteśmy radośni po prostu się uśmiechamy? Co jeżeli radość przyjdzie nagle i w dużej dawce? No piszczymy. I lepiej tego pisku nie chować do środka, bo jak każda emocja niewyrażona powoduje emocjonalne (i nie tylko) zaparcia.
O radości życia nie powstają poematy. Potrzebujemy złamanego serca żeby tworzyć, albo chociaż trochę smutku i motywującego gniewu. Wtedy ta twórczość jest taka ambitna, bardziej impaktowa. A radość? Radość może zainspirować co najwyżej taniec, ale co w tym wzniosłego? "Happy" Pharella już chyba wszyscy mają dosyć, ale "Stairway to heaven" raczej nie zniknie ze złotych list przebojów. Smutek wydaje się być emocją nie tylko szlachetniejszą, ale także bardziej autentyczną. Jest nam łatwiej się w nim zatopić. A z radością i przyjemnością naprawdę mamy problemy.
Przez szlachetność ucierpiała przyjemność 
Założyliśmy, że przyjemności, ponieważ do bohaterstwa nas raczej nie przybliżają są trochę wstydliwe. Śmieszne, dziecinne i zwykle do tego kaloryczne! „Grzeszna przyjemność” myślimy o pączku z lukrem, czy odmóżdżającym serialu. Żeby zrównoważyć swoje dobre samopoczucie, wrzucamy sobie na plecy trochę poczucia winy.

Bywa, że rzucamy się w tygodniowe wiry „grzeszków”, bo nie czujemy, że nasze życie jest przyjemne. Bywa też, że uzależniamy się od przyjemności w postaci kilku (przecież zarobionych!) browarków po pracy, albo słodkich, glutenowych muffinów.

Funkcjonujemy tak, bo zostaliśmy tego nauczeni, ale łatwo zauważyć, szczególnie patrząc po smutnych twarzach na ulicy, że ten model nam naprawdę nie służy. Korepetycji z radości życia raczej nie ma w ofertach uniwersytetów, udzielają ich jednak niektórzy psychoterapeuci, którzy pomagają nam wygrzebać z przeszłości moment, w którym nasza ekspresja radości zamieniła się ze słodkiej w obciachową.

Możemy też zrobić to sami, w myśl głoszonej tutaj przeze mnie psychoterapii DIY, po prostu wyciszając się i zadając sobie serię pytań. Kiedy ostatni raz krzyczałem z radości? Jak wtedy się czułem? Dlaczego już tego nie robię? Odpowiedzi przychodzą same. Świadomość tego, że pozbyliśmy się czegoś, co przynosiło nam dużo dobra, powinna sprawić, że zupełnie spontanicznie zaczniemy próbować wyrażania radości. Początkowo po prostu werbalnie, mówiąc "bardzo się cieszę, że cię widzę" za każdym razem, kiedy spotkamy kogoś kogo naprawdę lubimy. Z czasem to powinno wymknąć się spod kontroli, aż zdarzy się nam w spontanicznie śmiać z serca i piszczeć jak dziewczyny z amerykańskich seriali.

Będziemy mogli wtedy przestać polegać na chemicznych reakcjach wywoływanych w naszych organizmach przy pomocy muffinów i lodów. Przerzucić się z przyjemności chwilowych, na przyjemności zmysłowe. Do nich można zaliczyć coś tak prostego jak spacer przez ulubioną okolicę, dobrze kojarząca się piosenka w słuchawkach, chłodny wiatr psujący fryzurę, czy czuły pocałunek przed wyjściem z domu. Bywa, że te przyjemności są jakby niezauważane. Ich docenienie jest jednak kluczem i pierwszym krokiem do pełniejszego życia. W którym możemy być szlachetnymi bohaterami z wielką przyjemnością i nie zastanawiać się już, czy wypada nam cieszyć się z życia.
Trwa ładowanie komentarzy...