Gdzie to dawne żeglarstwo? Upadek tradycji pływania na Mazurach

Żaglówki na jeziorze Roś.
Żaglówki na jeziorze Roś. FOT. TOMASZ WASZCZUK / AGENCJA GAZETA
Żeglarze pływający byle jak, kierujący motorówkami notorycznie łamiący przepisy, smród, hałas i chamstwo - tak dziś wygląda pływanie na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Starzy sternicy mówią o upadku etosu żeglowania.

Obrazki z Mazur z ostatnich dni. Motorówka pływająca po Jeziorze Dobskim, które jest ścisłym rezerwatem przyrody objętym zakazem pływania na silniku. Łódka wpadająca burtą na inną podczas wchodzenia do śluzy na Guziance, co wywołuje ostrą kłótnię żeglarzy. To, co kiedyś wydawało się niemożliwe, dziś jest codziennością.

Żeglarskie fora pełne są wpisów podobnych do tego: „Wsiada kto chce, płynie jak chce, potrafi czy nie potrafi, jakby mogli to jeszcze by grilla na wodzie rozpalili”.
Szkolą matołków
Rocznie żeglarski patent zdobywa około 11 tysięcy osób. Uczą się jednak teorii z podręczników, które nie zmieniły się od 30 lat. Odbiega to zdecydowanie od praktycznych zachowań na wodzie. – Ci ludzie może wiedzą, że się nie gwiżdże na wodzie i umieją zawiązać 100 węzłów ale nie umieją podejść tyłem do kei w zatłoczonej marinie - mówi Stanisław Leszczyński, żeglujący po Mazurach od prawie 30 lat.

Jeszcze 10 lat temu na jeziorach królowały jachty, których długość dochodziła do 7 metrów. Wzorem była tu powszechnie znana "Sasanka 660". Dłuższe łodzie wypożyczane były na patent sternika jachtowego, który jest drugim stopniem wtajemniczenia po żeglarzu. Dziś liczy się to, aby łodź była jak największa. Na Mazurach pływają 11-metrowe ciężkie jachty. A długość jednostek nie idzie w parze z umiejętnościami osób pływających.

– Zęby bolą od patrzenia. Pływają z obijaczami na zewnątrz, nie ustępują drogi, na pierwszy rzut oka widać błędy w ustawieniu żagli – mówi sternik z Giżycka.

Postrachem jezior są motorówki
Na Mazurach postępuje dewastacja jezior hałasem. W letnie weekendy na jeziorze Bełdany głośno jest jak w centrum Warszawy. Królują duże motorówki, które co chwile z dużą prędkością przecinają taflę jeziora. Przepływają niebezpiecznie blisko jachtów nie licząc się z prawem drogi, a wywoływane przez nie duże fale przeszkadzają wszystkim innym pływającym.
– Widziałem nawet panów płynących na pełnej prędkości kanałem. To łamanie przepisów i kompletny brak mózgu - dodaje Stanisław Leszczyński.
Nie masz patentu - nie ma problemu
Od 2008 roku bez patentu można swobodnie wypożyczyć małą motorówkę i jacht do 7 metrów długości. Porty w Giżycku czy Mikołajkach pełne są wypożyczalni kuszących łatwym dostępem do uroków pływania. Wsiadają do nich ludzie nie mający często żadnego pojęcia o pływaniu.

– To skutek idei żeglowania bez granic i przekonania, że patenty żeglarskie to postkomunistyczny wymysł. Długo walczyliśmy z tymi przepisami, ale się poddaliśmy – mówi Prezes Polskiego Związku Żeglarskiego Wiesław Kaczmarek. Przyznaje jednak, że w statystykach wypadków na wodzie nie ma twardych dowodów na wzrost zagrożenia spowodowany „wypożyczeniami bez patentów”.

– Coraz niższa jest jednak świadomość, po co się pływa. Nie ma etyki żeglarskiej, tego klimatu – dodaje Kaczmarek. Klimat dzikich zatoczek, wiatru we włosach, wielkiej przygody zastąpił szpan, ryk silników i niosące się po jeziorze krzyki: ale który sznurek mam pociągnąć?
Trwa ładowanie komentarzy...