Agnieszka Szulim: Korwin-Mikke to jest prawdziwy szkodnik. Eliza z "Warsaw Shore" pełni raczej funkcję terapeutyczną

Agnieszka Szulim
Agnieszka Szulim Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Agnieszka Szulim nie wzięła się znikąd. Dokładnie przyszła z Polskiego Radia, potem przeszła - do telewizji i już w niej została. W przyszłym roku minie 10 lat od jej debiutu na antenie. Doświadczona prezenterka poglądów bardzo osobistych. Co myśli o polskich mediach i dlaczego Kowin-Mikke to większe zło niż "Warsaw Shore"?

Ogląda Pani telewizję?

Oglądam, bo lubię wiedzieć, co dzieje się w mediach. Bohaterowie innych programów często trafiają do mojego, jako postaci ze świata show-biznesu. Dlatego staram się być na bieżąco z rozrywką, ale oglądam ją wyrywkowo. Staram się być na bieżąco z nowościami.



Podglądam też to, co dzieje się zagranicą, czym żyją media na świecie, co nowego w E! Entertainment, bo ten kanał jest w końcu najbliżej “Na językach”. Chociaż rzadko zajmujemy się światowym showbiznesem, to czasem szukamy tam inspiracji. Oglądam i podziwiam Jimmy'ego Fallona., Jimm'yego Kimmela, a ostatnio szczerego do bólu Johna Olivera. To lekka rozrywka na najwyższym poziomie.
A w Polsce…

… wciąż tego brak. Oby Kuba był wieczny, bo mimo rosnącej liczby krytyków, następców jakoś nie widać.

Seriale?

Jeśli chodzi o seriale to jeszcze jesteśmy lata świetlne od tego, co dzieje się na świecie, a zwłaszcza w Stanach. W zeszłym tygodniu obejrzałam np. dwa sezony "Orange Is The New Black". Genialny serial! Czekam na trzeci sezon. Polskich seriali prawie nie śledzę, ale z ciekawością czekam na „Watahę”.

TVN24?

Uzależniona jestem od telewizji informacyjnej i rano odruchowo włączam TVN24, a wieczór kończę najczęściej z TVN24 BiŚ. Swoją drogą bardzo się cieszę, że ten kanał powstał.

Ile lat robi pani w mediach?

W przyszłym roku minie dziesięć lat od mojego debiutu w TVP. I prawdę mówiąc, było to dziesięć lat systematycznej i jednak dosyć ciężkiej pracy. Wcześniej przez ponad dwa lata pracowałam w Polskim Radiu. Do tego półtora roku u boku Kuby Wojewódzkiego w Esce Rock.
Początki prawdziwej pracy to jednak Polskie Radio. Jako studentka politologii trafiłam na praktyki do "Sygnałów dnia" i już tam zostałam. Współpracowałam z Redakcją Dzienników i Aktualności. Byłam reporterką, asystentką wydawcy, zdarzyło mi się też poprowadzić jakieś audycje. Świetna szkoła. Również szkoła przetrwania, bo łatwo nie było.

Bo?

Żeby zarobić minimalną krajową pensję trzeba się było naprawdę nieźle nagimnastykować. Najlepiej płacono za dyżury nocne przy "Sygnałach dnia", ale na nie zawsze było mnóstwo chętnych. Do praca przychodziło się wtedy na 7 wieczorem, a wychodziłam popołudniu następnego dnia, po spisaniu porannych wywiadów do internetu.

Ostatnie 10 lat dla polskiej telewizji to chyba okres wielkich przemian?

Przez ostatnie 10 lat z głównych anten w zasadzie zniknęła publicystyka, pojawiło się za to mnóstwo programów typu reality show czy docu-soap.

Dlaczego?

Dzisiejszą telewizją kieruje logika rynku. Widz nasz pan, a większość widzów woli dzisiaj oglądać "Pamiętniki z wakacji", niż gadające głowy, bo przy "Pamiętnikach" przynajmniej się zrelaksuje podglądając “życie” innych. Mają też później o czym rozmawiać. Ja wolę gadające głowy, zwłaszcza jak gadają o polityce, bo ją zwyczajnie lubię.
Zostańmy przy polityce. Kto jest większym szkodnikiem w polskich mediach? Polityk czy celebryta? Janusz Korwin-Mikke czy Eliza z "Warsaw Shore"?

Moim zdaniem zdecydowanie Janusz Korwin-Mikke, bo on może mieć realny wpływ na Polskę i nasze życie. To jest prawdziwy szkodnik. Eliza z "Warsaw Shore" pełni raczej funkcję terapeutyczną.

Rozumiem, że ludzie oglądają to po to, żeby podnieść swoja samoocenę, pomyśleć, że nie jest z nimi jeszcze tak źle i dzięki temu poczuć lepiej. Mogą górować. Tłumaczą to oglądaniem “dla beki”, tak myślę. Niestety przez to popularność tych formatów rośnie i mnożą się jak grzyby po deszczu.

I wpadamy…

… w błędne koło. Z jednej strony narzekamy jakie to beznadziejne, że telewizja sięgnęła bruku, z drugiej włączamy telewizor, być mieć z czego się ponabijać i na co ponarzekać. W ten sposób generujemy kolejne sezony chłamu.

Mocne. To niech teraz mi pani powie, co dobrego w tej naszej telewizji zmieniło się na lepsze?

Znakomicie rozwijają się kanały tematyczne i to jest zmiana na lepsze. Telewizja wychodzi też przecież z telewizora. Zmienia się technologia, model oglądania telewizja, a razem z nim ona sama.
A mainsteamu powinniśmy się bać?

Polskie główne anteny to mainstream, który czasem potrafi zachować poziom. Często jednak przybiera ironiczną formę, jak stało się to z rynkiem radiowym. Na niedawnej częstotliwości Eski Rock usłyszymy dziś disco polo. Dziś często łatwiej o nie, niż o rocka w eterze wielkich miast. M.in. dlatego ludzie uciekają do internetu.

I wchodzą na Pudelka. Lubimy czytać i komentować życie celebrytów?

Wydaje mi się, że Polacy lubią celebrytów bardziej niż to wynika z komentarzy w internecie. Ale lubią też, jak celebrytom uciera się nosa, żeby za lekko nie mieli. Lubimy przejrzeć Pudelka i "Życie na gorąco". Nie tylko my. Cały świat lubi plotki.

Plotki nas relaksują, ale dają też tematy do rozmowy z sąsiadką. To nasz wspólny świat. Nawet jeśli niechętnie się do tego przyznajemy - Amerykanie mówią na to „guilty pleasures”. “Na językach” to taki godzinny chill out na zakończenie weekendu przy fajnie i z dystansem podanych plotkach, ale przecież nie tylko.

Jaką ma Pani widownię?

Na językach ma dosyć wierną widownię, która waha się między 1,2 – 1,5 mln, co jak na program o tak niskim budżecie i jednak dość późnej porze jest naprawdę dobrym wynikiem. Cieszy zwłaszcza, że potrafimy przez godzinę tę widownie utrzymać.
Gdzie siebie pani widzi w następnych 10 latach?

Kanały tematyczne mają ogromny potencjał i chyba tam widziałabym swoją przyszłość.

Dlatego, że…

… na dużych antenach dla prezenterów jest coraz mniej miejsca. Warto to dostrzec już dzisiaj.

Agnieszka Szulim prowadzi "Na językach" w każdą niedzielę o godzinie 22-ej, na antenie TVN.
Trwa ładowanie komentarzy...