Podróżowanie to wyzwanie. Pendolino dla każdego

Pendolino odjeżdża z Wrocławia do Warszawy. W trzecim wagonie niepełnosprawni korzystają z windy, która pomaga im wsiąść do pociągu
Pendolino odjeżdża z Wrocławia do Warszawy. W trzecim wagonie niepełnosprawni korzystają z windy, która pomaga im wsiąść do pociągu fot. Mieczyslaw Michalak/ Agencja Gazeta
Jeśli nigdy nie spóźniłeś się na pociąg, bo dwie kondygnacje schodów były przeszkodą nie do pokonania i nie mogłeś dostać się na peron - możliwe, że nie do końca zrozumiesz, o czym jest ten tekst. Ale dotyczy on prawie 5 mln ludzi. Tylu właśnie jest w Polsce niepełnosprawnych.

Godzina 11.05 i pociąg staje na stacji Kraków Główny. Punktualnie, a nawet minutę przed czasem, żeby być skrupulatnym. Rozpiera mnie ciekawość; po pierwsze: nowego dworca, którym tak chwalą się PKP. Oddany niedawno do użytku, jest w całości „schowany” pod ziemią. Jeden z najbardziej nowoczesnych węzłów komunikacyjnych, jakie w ogóle powstały. Po drugie: gdzieś na tym dworcu czeka mój gospodarz.



- To Pan spodziewa się gościa z Warszawy? - pytam.
- Owszem. Trudno mnie nie poznać, prawda? - żartuje.
Racja, Piotra Czarnotę trudno przegapić. Wyróżnia się w tłumie podróżnych, bo porusza się na wózku inwalidzkim. I właśnie z tego powodu jestem w Krakowie. Od kilku miesięcy Piotr Czarnota doradza PKP Intercity jako konsultant ds. osób niepełnosprawnych. Pomaga przystosować transport do ich potrzeb, szkoli ekipy konduktorów. Opowie mi o zmianach, które zachodzą na kolei.
Nowy dworzec Kraków Główny - a przynajmniej ta część, którą zdążyłam już obejrzeć - wygląda świetnie. Nowoczesny, przestronny. „Fakt, no jest się czym pochwalić” - myślę sobie. Nawet ja, z moją ujemną orientacją w terenie, trafiłam gdzie trzeba. Dalsze zwiedzanie musi chwilę zaczekać. - Kawa? - proponuje gospodarz. Piotr Czarnota sprawnie manewruje wózkiem, ja potulnie podążam za nim. Krążymy po dworcu, szukając kawiarni i już na starcie trafiamy na "barierę" nie do pokonania. Wszystkie stoliki zajęte. Udaje się za trzecim razem. Zamawiamy, gawędzimy chwilkę o udanych kampaniach społecznych i przechodzimy do rzeczy.

Kontrowersyjny przepis
- Wie Pani, że trzy lata temu na lotnisku Londyn Stansted nie wpuścili mnie na pokład samolotu? Musiałem zabukować nowy bilet i czekać całą noc na lotnisku, bo przepisy mówią, że osoba niepełnosprawna musi oficjalnie zgłosić zamiar podróżowana 48 godzin wcześniej... - opowiada Piotr Czarnota. Reguła, o której mówi, budzi dużo kontrowersji i PKP też się za nią obrywa. Bo jak to możliwe, że żyjemy w XXI wieku i ja mogę wsiąść do takiego środka lokomocji, jaki mi się spodoba i pojechać tam, gdzie mnie oczy poniosą - o ile tylko stać mnie na bilet. A mój rozmówca musi uprzedzić o tym dwa dni wcześniej? Różnica między nami? On porusza się na wózku, ja na niewygodnych szpilkach. Przy czym on jest szybszy, bo to mnie bolą nogi. - Więc skąd taka niesprawiedliwość? – chcę naiwnie dociec.

Otóż, z pragmatyzmu. To, co na pierwszy rzut oka budzi oburzenie, jest podyktowane zdrowym rozsądkiem. – Jeśli niepełnosprawny potrzebuje pomocy, w pociągu czy na dworcu, mamy 48 godzin żeby mu ją zorganizować – wyjaśnia mi Piotr Czarnota – Wypytujemy skąd i dokąd jedzie, jaki ma bagaż, jaki model wózka, czy podróżuje sam i czego potrzebuje. Potem dzwonimy do naszych ludzi w innych częściach Polski, uprzedzamy ich i organizujemy pomoc – tłumaczy. Oczywiście, mogą na nią liczyć nie tylko Ci, którzy zgłoszą się wcześniej. Drużyny konduktorskie robią co w ich mocy i dokładają wszelkich starań, aby nikt nie został odesłany z kwitkiem.

– Wszystkich oburza ta reguła, ale ona obowiązuje w całej Europie. Wiem z doświadczenia, bo sam sporo podróżuję. Ostatnio byłem na konferencji, gdzie spotkałem Czechów i Słowaków. Z ciekawości zapytałem, czy u nich też jest i czy budzi takie kontrowersje. I wie Pani, co odpowiedzieli? Że ten przepis jest bardzo dobry, bo jeszcze do niedawna niepełnosprawni musieli uprzedzać pięć dni wcześniej, że chcą gdzieś pojechać – opowiada.

Poza tym, nie wszyscy muszą z niego korzystać. W ubiegłym miesiącu bilet kolejowy ze zniżką dla niepełnosprawnych kupiło 32 tys. ludzi. Ale tylko (albo aż!) 180 osób zgłosiło zamiar podróżowania 48 godzin wcześniej. - Im ten przepis jest zwyczajnie potrzebny. Jeśli ktoś radzi sobie sam, to nie zgłasza się do nas. Ale jeśli wie, że wymaga pomocy, to uprzedza i daje nam czas na jej zorganizowanie - mówi Piotr Czarnota.
- Pan uprzedza? - pytam.
- Oczywiście.

Pendolino na piątkę
Ten w Krakowie powstał z dbałością o każdy detal. Są podjazdy dla wózków i rampy przy schodach. Na górnym parkingu są wyznaczone miejsca dla niepełnosprawnych: tuż przy windach, którymi zjeżdża się na dół, prosto na dworzec. W głównym holu jest specjalnie oznakowane miejsce: tu pracownik PKP spotyka się z osobą, która potrzebuje pomocy i kieruje ją dalej. Przy kasach biletowych pętle indukcyjne wzmacniają siłę głosu – żeby niesłyszący nie mieli problemu z kupnem biletu i uzyskaniem informacji. Pod stopami co i rusz czuję wypustki, ułatwiające poruszanie osobom niedowidzącym. - Są ułożone tak, by kierować wprost do kas biletowych i na perony - wyjaśnia mi po drodze Piotr Czarnota.
W Polsce jest ponad 50 takich dworców, przystosowanych dla niepełnosprawnych. Kolejne są w budowie. - Proszę zrozumieć: to jest proces, który trwa latami! Nie możemy w ciągu roku czy dwóch zrównać z ziemią wszystkich dworców kolejowych i zbudować od początku, na nowo – tłumaczy mi Piotr Czarnota. Na zlecenie Ministerstwa Pracy, trzy lata temu opracowano raport. Według niego, przystosowanie całej infrastruktury transportowej zajmie Polsce 30 - 40 lat. Nie chodzi wyłącznie o kolej, ale i autobusy, lotniska, stacje... Nie da się tego przyśpieszyć - i nie chodzi nawet o gigantyczne pieniądze. To duże wyzwanie logistyczne. - Dotąd w żadnym kraju nie ma takiego środka transportu, który byłby przystosowany w 100 procentach – mówi Piotr Czarnota.

- No dobrze, dworce się budują. A pociągi? - pytam. - Ponad 30 proc. składów jest w tej chwili dostosowanych dla niepełnosprawnych. Do końca roku ta liczba urośnie do 70 proc. - słyszę w odpowiedzi. W pociągach PKP Intercity są windy, które umożliwiają wsiadanie i wysiadanie z pociągu. W toalecie i w przejściu między fotelami musi zmieścić się wózek, a konduktorzy muszą wiedzieć jakiej pomocy udzielić tym, którzy jej potrzebują. Stąd szkolenia, które prowadzi Piotr Czarnota. Drużyny konduktorskie uczą się m.in. jak asekurować osobę niepełnosprawną, na co zwrócić uwagę w podróży. Najpierw są wykłady, później część praktyczna. - W tym roku przeszkolimy ponad 300 konduktorów – zapowiada.

Najlepiej przystosowana dla niepełnosprawnych jest oczywiście duma i chluba PKP, czyli pociągi Pendolino. W trzecim wagonie ma zamontowany elektrycznie sterowany podnośnik, są wyznaczone miejsca na wózki inwalidzkie i toaleta przystosowana dla niepełnosprawnych. Przyciski do przywołania pomocy są zamontowane na odpowiedniej wysokości. Trzeci wagon wybrano nie bez kozery: tu znajduje się część restauracyjna i obsługa pociągu. Niepełnosprawny nie musi się daleko przemieszczać.W Pendolino wszystkie miejsca są oznaczone alfabetem Braille'a. Informacje i trasę podaje system nagłośnienia i ekrany, zamontowane w każdym przedziale z myślą o niesłyszących.
- I mimo tego, właśnie za Pendolino oberwało nam się najbardziej – mówi Piotr Czarnota, nawiązując do głośnego medialnie nieporozumienia z Janiną Ochojską. „Dziś Pendolino Kraków-Warszawa o 8.03 nie wzięło mnie na pokład, ponieważ nie przysługuje mi wejście przez platformę” - napisała w lutym na Twitterze szefowa PAH, która ma pierwszy stopień niepełnosprawności i porusza się o kulach. - Zarzucono nam, że pociągi Pendolino są niedostosowane dla niepełnosprawnych. To jest oczywista nieprawda, ale informacja już poszła w świat – mówi Piotr Czarnota. I wyjaśnia sytuację: - Winda w trzecim wagonie jest dedykowana tym, którzy poruszają się na wózku. Nie ma tam barierek, więc inni nie mogą z niej korzystać. To niebezpieczne. Mogą za to liczyć na pomoc drużyny konduktorskiej – mówi, dodając: – Niepełnosprawni mają indywidualne potrzeby. Nie da się zadowolić każdego. Przykładowo, jeżeli ktoś porusza się starym wózkiem elektrycznym, ważącym ponad 100 kg i chce jechać pociągiem, to czasem nie ma takiej możliwości – tłumaczy Piotr Czarnota. Po tym incydencie PKP Intercity kupiło specjalne krzesełka transportowe, które pomogą dostać się do pociągu osobom poruszającym się o kulach.

- Za co jeszcze obrywa PKP? - pytam. - Za to, że w pociągach są tylko dwa miejsca na wózki inwalidzkie. Ale to jest standard, wszędzie na świecie! Jechałem francuskim TGV i tam jest identycznie. Kiedyś zdarzyło mi się, że brytyjski Eurostar nie sprzedał biletów na pociąg, bo były w nim tylko dwa miejsca dla niepełnosprawnych. A my podróżowaliśmy we czterech... - wylicza Piotr Czarnota. I dodaje, że polski przewoźnik, na tle reszty świata, prezentuje naprawdę niezły standard. - Słowacja? Żadnej windy, nieprzystosowany dworzec, nikt na nas nie czekał, mimo że wcześniej zgłosiliśmy potrzebę pomocy. W Sztokholmie nie wpuszczono mnie do autobusu i nikogo nie interesowało, jak dotrę z lotniska do miasta. A żeby jechać na Wschód, trzeba być dopiero odważnym... - wspomina.

PS.
W drugą stronę, do Warszawy wracałam Pendolino. Pierwszy raz. I możecie mnie zjeść, ale ja tam jestem zachwycona. Wygodne fotele (rozkładają się!), dużo miejsca na nogi i mięciutka poducha pod głową. Na stoliku można ustawić laptopa - a kiedy w połowie drogi padła mi bateria, podpięłam się do gniazdka wmontowanego w fotelu. Konduktorzy krążą w eleganckich mundurach, przemiła Pani przyniosła mi kawę, wodę, czekoladkę i chusteczki odświeżające. Między fotelami dyskretnie krąży serwis sprzątający. Pociąg jest komfortowy, nowoczesny i cichy; w ogóle nie czuć, że momentami pędzi 200 km/h. Panie w kelnerskich fartuszkach przynoszą na tacach posiłki, zamówione w Warsie. O detalach: jak klimatyzacja, wieszaki na płaszcze czy lampki przy każdym fotelu już nie wspominam. Standard skojarzył mi się z liniami lotniczymi - i bynajmniej nie myślę o Ryanairze. Można się spierać, czy Pendolino jest ekonomicznie uzasadnione, czy nie. Ale odnotuję, że wracałam prawie pełnym pociągiem, w którym siedzieli niemal sami biznesmeni (!) z laptopami i słuchawkami na uszach, pracując przez całą drogę. I najważniejsze: w Warszawie byłam w 2 godziny i 28 minut. Punktualnie.

Tekst powstał we współpracy z Grupą PKP