
Dawniej na ziemiach polskich w XIX w. prostytucja była zawodem ściśle uregulowanym. To, co "damom lekkich obyczajów" było wolno, a czego nie, określono w najdrobniejszych szczegółach. Świadczy o tym dokument o wiele mówiącej nazwie: "Regulamin zachowania się prostytutek", znajdujące się w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej.
Kiedyś państwo sprawowało nad całym zjawiskiem ścisły nadzór, prowadząc dokładny rejestr prostytutek, wliczające nawet ich miejsca zamieszkania (zwracając jednak uwagę by nie było to w pobliżu instytucji powszechnie darzonych szacunkiem).

Wiele nierządnic przyjmowało klientów tak jak i dzisiaj - we własnych domostwach. Z filmów czy książek znamy obrazy "cór Koryntu" kuszących klientów na ulicy obnażaniem biustu, czy sprośnymi gestami, oficjalnie wszelkie tego typu niemoralne gesty były zabronione.
Władza państwa, zdając sobie doskonale sprawę, z tego, że z usług prostytutek korzystali nieraz oficjele, czy też osoby publicznie znane, dbały o ich anonimowość i prywatne dobre imię.
Panie prowadzące niemoralne życie trzymano bardzo krótko, rejestrując nawet najkrótsze wyjazdy.
W tamtych czasach posiadanie w domu służby było czymś powszechnym, o lie nie było się członkiem najbiedniejszych warstw. Służba prostytutek musiała spełniać wymogi, które stawiały ją poza wszelkim podejrzeniem brania przez nią udziału w nierządzie.

Wreszcie zasady, które niejednego klienta i niejedną "córę Koryntu" (a także przecież inne osoby pośrednio) uratowały przed nieprzyjemnymi powikłaniami chorobowymi i które dla zdrowia publicznego warto by było wprowadzić także dzisiaj.
Każdy korzystający z usług "pań lekkich obyczajów" mógł w razie potrzeby sprawdzić czy dana pani regularnie stawia się na badania kontrolne.
Dla każdej prostytutki istniała możliwość wyjścia z zawodu, która załatwiała sprawę krótko i rzeczowo (choć zawierała naganę na którą nie pozwoliłoby sobie współczesne ustawodawstwo).
Moglibyśmy wszystkie te punkty porównać z obecnymi przepisami - gdyby jakiekolwiek istniały. "Regulamin zachowania się prostytutek" miał na względzie dobro publiczne i w prosty sposób załatwiał kwestię, którą dzisiaj stanowiący prawo boją się w ogóle choćby poruszyć (pisaliśmy już o tym niedawno tutaj, a o absurdach wynikających z takiej sytuacji tutaj). Czy naprawdę nie stać nas na to, by uregulować sprawę, przynajmniej w takiej mierze, jak zrobili to nasi pradziadkowie?
